05.06.2024, 20:07 ✶
Gdyby zapytać Cathala, czy jest szczęśliwy, że urodził się Shafiqiem, odpowiedziałby „tak” bez wahania i to mimo tego, że większością członków tego rodu nie łączyły go mocne więzy krwi. Nie chodziło też o to, że nazwisko otwierało wiele drzwi, ani że ułatwiło mu karierę, choć obie te rzeczy były bardzo ważne.
Przede wszystkim uważał, że przedziwna zdolność rozumienia każdego języka, jest najwspanialszym darem, jaki mógłby kiedykolwiek otrzymać od ojca – człowieka, którego ledwo pamiętał. Nie pragnąłby tworzyć niezwykłych obrazów, jak przedstawiciele Averych, nie zależało mu na wyzywaniu na pojedynki, których nie wolno odmówić, nie interesował go przekazywany z pokolenia na pokolenie sekret smoczej oliwy… Pod tym względem Cathal był pewien, że wygrał los na loterii: taki, gdzie prawdopodobieństwo wygranej to jeden do kilku miliardów.
– Czyżbym był aż tak ciężki do rozgryzienia? Zdaje mi się, że wiele rzeczy jest jasnych w moim przypadku: nigdy nie kryłem przed tobą, jakim człowiekiem jestem.
Miał swoje tajemnice: złowieszczy szept Slytherina w głowie, ciała zagubione w piaskach pustyni, kilka tajemniczych kamieni runicznych, ukrytych w miejscu, w którym jak sądził, nikt nie będzie ich szukał. Ale to były po prostu rzeczy wpisujące się w to, że nie był dobrym człowiekiem – a przecież nigdy takiego nie udawał. Łatwo było odgadnąć, co Cathal lubi, a czego nie znosi, co go interesuje, co chce robić w życiu. Na większość pytań odpowiadał bez większych oporów, a chociaż skłamałby bez wyrzutów sumienia, gdyby uznał, że kłamstwo jest dobrym wyborem – robił to rzadko. Jasne, ukrywał pewne rzeczy dla interesów własnych czy rodziny, mógł zapewniać, że wąż nazywa się Ciapek, ale zazwyczaj nie widział powodów, aby zmyślać – zwyczajnie by mu się nie chciało.
A co myślał o Cynthii? To było na swój sposób skomplikowane. Zaintrygowała go, bo chciał przekonać się, co kryje się za jej maskami. Spotkał się z nią znowu, ponieważ okazała się inteligentna i śmiała - a Cathal nie potrafił znieść ludzi głupich i tchórzliwych. Zaczynał ją lubić, mieli nieco wspólnego w takich sprawach, jak skupienie na pracy czy niektóre poglądy, a jednocześnie dobrze zdawał sobie sprawę, że w pewnym sensie byli z dwóch różnych światów, jakkolwiek paradoksalnie to nie brzmiało, gdy mowa była o osobach z czystokrwistych, angielskich rodów.
– Żaden ze mnie Puchon, nie jestem ani staruszką, i nie mam ani jednego kota, jedynie psa. Zgodzimy się więc, że żółty odpada – skwitował Shafiq. Nie darzył zwierząt niechęcią, lubił je nawet, chociaż też nigdy specjalnie nie pragnął się takimi zajmować. Pies trafił się przypadkiem, pojawiając razem z Ulyssesem, i Cathal po prostu bez oporów zaakceptował taki stan rzeczy.
Cathal pod pewnymi względami bywał niedowiarkiem. Nie wierzył w przeznaczenie. Nie przykładał wielkiej wagi do wróżb. Przyjmował do wiadomości umiejętności jasnowidzów – ale ich wiedza na temat przyszłości w jego oczach oznaczała nie tyleż spoglądanie w to, co będzie, a w to, co ludzie planują, niejako odbieranie ich zamiarów i obserwowanie, jakie rezultaty przyniosą.
W szczęście też zbytnio nie wierzył.
Istniały tylko przypadek, praca, umiejętności, determinacja i znajomości: one decydowały o tym, co osiągniesz. Przypadek był najważniejszy, rzecz jasna, ale Cathal nie nazwałby go szczęściem – po prostu były rzeczy, które komuś musiały się przydarzyć.
Gdyby w głowie Cathala nie szumiał eliksir, wywołujący beztroskę, znoszący hamulce, być może wszedłby bezpiecznie i rzucił na stół jakieś pięć, może dziesięć galeonów. I tak wykazał się pewnym opanowaniem, bo zdecydował się obstawić dwadzieścia galeonów.
– Ostrożność jest wskazana tylko wtedy, kiedy spodziewasz się starożytnych klątw i pułapek. Tak poza tym, to do odważnych świat należy, Cynthio – powiedział, posyłając jej uśmiech nim obstawił, a potem sięgnął po karty.
Może to nieistniejące szczęście mu sprzyjało, bo układ miał całkiem niezły: w jego kartach tańczyły trzy damy, ruszając się, jak to było normalne w kartach czarodziejów, łypał na niego ponuro jopek, a poza tym w układzie znalazł się jeden król. Trójka i dość wysokie karty. I pewna szansa na fula albo karetę, gdyby udało mu się dostać damę albo króla.
Przede wszystkim uważał, że przedziwna zdolność rozumienia każdego języka, jest najwspanialszym darem, jaki mógłby kiedykolwiek otrzymać od ojca – człowieka, którego ledwo pamiętał. Nie pragnąłby tworzyć niezwykłych obrazów, jak przedstawiciele Averych, nie zależało mu na wyzywaniu na pojedynki, których nie wolno odmówić, nie interesował go przekazywany z pokolenia na pokolenie sekret smoczej oliwy… Pod tym względem Cathal był pewien, że wygrał los na loterii: taki, gdzie prawdopodobieństwo wygranej to jeden do kilku miliardów.
– Czyżbym był aż tak ciężki do rozgryzienia? Zdaje mi się, że wiele rzeczy jest jasnych w moim przypadku: nigdy nie kryłem przed tobą, jakim człowiekiem jestem.
Miał swoje tajemnice: złowieszczy szept Slytherina w głowie, ciała zagubione w piaskach pustyni, kilka tajemniczych kamieni runicznych, ukrytych w miejscu, w którym jak sądził, nikt nie będzie ich szukał. Ale to były po prostu rzeczy wpisujące się w to, że nie był dobrym człowiekiem – a przecież nigdy takiego nie udawał. Łatwo było odgadnąć, co Cathal lubi, a czego nie znosi, co go interesuje, co chce robić w życiu. Na większość pytań odpowiadał bez większych oporów, a chociaż skłamałby bez wyrzutów sumienia, gdyby uznał, że kłamstwo jest dobrym wyborem – robił to rzadko. Jasne, ukrywał pewne rzeczy dla interesów własnych czy rodziny, mógł zapewniać, że wąż nazywa się Ciapek, ale zazwyczaj nie widział powodów, aby zmyślać – zwyczajnie by mu się nie chciało.
A co myślał o Cynthii? To było na swój sposób skomplikowane. Zaintrygowała go, bo chciał przekonać się, co kryje się za jej maskami. Spotkał się z nią znowu, ponieważ okazała się inteligentna i śmiała - a Cathal nie potrafił znieść ludzi głupich i tchórzliwych. Zaczynał ją lubić, mieli nieco wspólnego w takich sprawach, jak skupienie na pracy czy niektóre poglądy, a jednocześnie dobrze zdawał sobie sprawę, że w pewnym sensie byli z dwóch różnych światów, jakkolwiek paradoksalnie to nie brzmiało, gdy mowa była o osobach z czystokrwistych, angielskich rodów.
– Żaden ze mnie Puchon, nie jestem ani staruszką, i nie mam ani jednego kota, jedynie psa. Zgodzimy się więc, że żółty odpada – skwitował Shafiq. Nie darzył zwierząt niechęcią, lubił je nawet, chociaż też nigdy specjalnie nie pragnął się takimi zajmować. Pies trafił się przypadkiem, pojawiając razem z Ulyssesem, i Cathal po prostu bez oporów zaakceptował taki stan rzeczy.
Cathal pod pewnymi względami bywał niedowiarkiem. Nie wierzył w przeznaczenie. Nie przykładał wielkiej wagi do wróżb. Przyjmował do wiadomości umiejętności jasnowidzów – ale ich wiedza na temat przyszłości w jego oczach oznaczała nie tyleż spoglądanie w to, co będzie, a w to, co ludzie planują, niejako odbieranie ich zamiarów i obserwowanie, jakie rezultaty przyniosą.
W szczęście też zbytnio nie wierzył.
Istniały tylko przypadek, praca, umiejętności, determinacja i znajomości: one decydowały o tym, co osiągniesz. Przypadek był najważniejszy, rzecz jasna, ale Cathal nie nazwałby go szczęściem – po prostu były rzeczy, które komuś musiały się przydarzyć.
Gdyby w głowie Cathala nie szumiał eliksir, wywołujący beztroskę, znoszący hamulce, być może wszedłby bezpiecznie i rzucił na stół jakieś pięć, może dziesięć galeonów. I tak wykazał się pewnym opanowaniem, bo zdecydował się obstawić dwadzieścia galeonów.
– Ostrożność jest wskazana tylko wtedy, kiedy spodziewasz się starożytnych klątw i pułapek. Tak poza tym, to do odważnych świat należy, Cynthio – powiedział, posyłając jej uśmiech nim obstawił, a potem sięgnął po karty.
Może to nieistniejące szczęście mu sprzyjało, bo układ miał całkiem niezły: w jego kartach tańczyły trzy damy, ruszając się, jak to było normalne w kartach czarodziejów, łypał na niego ponuro jopek, a poza tym w układzie znalazł się jeden król. Trójka i dość wysokie karty. I pewna szansa na fula albo karetę, gdyby udało mu się dostać damę albo króla.