Siedział skryty w półmroku, z dala od bujającej się, płonącej latarenki, która dawała światło w tej… knajpie? Może spelunie jednak bardziej, biorąc pod uwagę lokalizację, ale nie była to mordownia, tylko… ten lepszego rodzaju lokal. Nadal kręciły się tu mątwy, margines społeczeństwa, albo ludzie, którym ewidentnie brakowało w życiu adrenaliny. Blondynek, który pojawił się w wejściu rzeczywiście tutaj nie pasował i mógł poczuć na sobie różne spojrzenia… nim nie wróciły do swoich zajęć. Ale czy na pewno ktoś nie zerkał w jego stronę, gdy zbliżał się do rogu sali? Tam, gdzie bezceremonialnie opadł na krzesło – to musiał jednak najpierw odsunąć, co sprawiło, że położone na nim nogi siedzącego pod ścianą mężczyzny opadły, krzesło szurnęło odsunięte, a Kieran – czy jakkolwiek miał na imię, uśmiechnął się do Laurenta krzywo. Był to bodaj pierwszy uśmiech, jaki mu w ogóle posłał. Szare oczy nadal były jednak zblazowane. Zaraz się za to wyprostował i usiadł… bardziej jak się należało. W stronę rzuconej na podłogę torby nawet nie zerknął. Po prostu siedział wpatrzony w Laurenta, z tym śmieszkiem spod dwudniowego zarostu…
Również był ubrany na czarno. Czarne, nieco bardziej obcisłe spodnie, czarna, nieco rozchełstana koszula, trochę biżuterii – srebrne łańcuszki na szyi, kilka kolczyków w uszach, pierścienie na palcach. Był tego wszystkiego pozbawiony, gdy kilka dni wcześniej odwiedzał New Forest. Ale to na pewno był on, to zdecydowanie były te same rysy twarzy. I na pewno te same oczy, które śledziły ruchy Prewetta z uwagą. Nie odpowiedział na przywitanie, ogólnie milczał przez moment i tylko to, że mrugał, świadczyło, że nie był na chwilę ożywioną kukłą, z której uleciało zaklęcie.
– Masz ciekawe pojęcie randek – odpowiedział w końcu cicho, odsuwając papierosa od ust, a dym wypuścił wprost na Laurenta. – Ubiór faktycznie jak na randkę. Życie ci niemiłe, cukiereczku? Lubisz kusić los, hm? – bo Laurent ubrał się mimo wszystko bogato, tak jak można było wyjechać ze wsi, ale wieś w nas pozostawała, tak samo było też z bogactwem. A czy Laurent lubił kusić los… Cała historia jego znajomości z Dante i tego problemu, w który wdepnął, mówiły same za siebie. Zamachał dłonią, przywołując do nich barmana. – Wino? Whisky? A może wolisz Pocałunek Dementora? – i bynajmniej nie chodziło o rzeczywistego upiornego stwora, a o popularny drink, dający pijącemu uczucie chłodu.