Nie podziękował, w zasadzie to nie zareagował w żaden sposób na podgrzanie przez Lorien odsuniętej na bok kawy. Może nawet wcale nie zwrócił na ten szczegół uwagi? Wysoce prawdopodobne. Zwłaszcza, że filiżanką Robert stosunkowo szybko interesować się po prostu przestał. Zajął się po prostu dokończeniem swojego posiłku.
A następnie rozmową.
Nie odpowiada od razu na pytanie Leonarda, dotyczące ewentualnych znajomości, które mogliby posiadać w tutejszej magicznej klinice. Po pierwsze nie jest w stanie udzielić jej z miejsca, po drugie natomiast - reaguje pierw na słowa Stanleya. Chwilowo to na syna przynosi swoją uwagę. Kręci przecząco głową.
- Zwykłe, rodzinne sprawy. - odpowiada. - Nic istotnego.
I w zasadzie nawet nie można powiedzieć, żeby właśnie skłamał. Bo i wszystko to, co wydarzyło się podczas tej krótkiej nieobecności Sophie i Stanleya, właśnie do spraw rodzinnych można było zaliczyć. W dodatku niekoniecznie też jakiś takich szalenie istotnych. Świat się nie kończył. Nie wydarzyła się żadna tragedia. Jedynie nerwy co niektórych zostały odrobinę nadszarpnięta. A i apetyt proporcjonalnie do tego zmalał.
Następnie znów wraca do Leonarda. Zastanawia się nad odpowiedzią. Kiedyś byłaby ona dziecinnie prosta. Brzmiałaby Vera Travers. Dzisiaj jednak kobieta była pracownicą Departamentu Tajemnic, od lat nie zajmującą się medycyną. A przynajmniej w tej formie, którą należałoby wziąć pod uwagę. Czy posiadali inne znajomości? Zapewne kilku klątwołamaczy zamawiało u nich świeczki i kadzidła. Żadnego z nich nie mógł jednak tak po prostu wskazać.
- Obecnie nie kojarzę nikogo, kto byłby związany z Mungiem. - wreszcie udziela odpowiedzi. - Mogę ewentualnie skontaktować Ciebie z jego byłymi pracownikami, o ile jest to Tobie faktycznie potrzebne.
Sam nie zamierzał decydować o tym, co rzeczywiście było Leonardowi w tym przypadku potrzebne, co natomiast uznać należało za zwykłą fanaberię. Chłopak sam musiał podjąć decyzje. Wykazać się pewnym rozsądkiem? Robert, nawet jeśli był wcześniejszym zachowaniem jego i Charlesa poirytowany, nie zamierzał niczego odmawiać. Mimo wszystko pozostawali przecież rodziną. A o rodzinę należało odpowiednio dbać. Takie zasady przekazał im ojciec. Ten sam ojciec, który o swoją rodzinę dbał w sposób bardzo specyficzny. To jednak historia do opowiedzenia innym razem, przy innej okazji.
Przy stole spędzili jeszcze kilkanaście minut. Każdy mógł na spokojnie dokończyć śniadanie. Atmosfera nieco się poprawiła, choć nadal nie można było powiedzieć, że faktycznie zrobiło się przyjemniej. Pogodniej? Pozostał pewien dystans. Dawało się wyczuć częściową sztuczność. Wymuszoną uprzejmość?
Na szczęście nikt nie utknął tutaj na wieki.
Kiedy skończyli, Robert pożegnał się przede wszystkim ze Stanleyem. Dopilnował, aby ten dotarł do drzwi wyjściowych, nie zbaczając kolejny raz z trasy. Następnie udał się do swojego gabinetu, gdzie zgodnie z tym co wcześniej padło, zamierzał porozmawiać z Richardem na temat zbliżającego się wyjazdu.