a następnie: Strefa gastronomiczna – Słodkości Nory Figg
– Tak – a na pewno świeczka bardzo go wkurwiła, zaczął się wydzierać, kazał się wszystkim rozejść, opieprzył tych swoich synów, czy kim oni tam byli (nie rozróżniała jednego Roberta od drugiego Roberta i ogólnie mało z tego zrozumiała; wiedziała jedynie, ze matka Sauriela była z Mulciberów i że Stanley coś tam…), i doprowadził tym swoim wrzaskiem do tego, że Victoria zapragnęła kupić te okropne świeczki. Na złość. Tylko i wyłącznie na złość i żeby pokazać, że może i jakiś nadętych staruch nie będzie jej mówić, co ma robić. Florence Bulstrode najwyraźniej wpadła na ten sam pomysł… Tym niemniej odpowiedź Victorii była krótka i jakże treściwa – bo dokładnie to próbowała przekazać w tej barwnej opowieści ze świeczką na czele. Świeczką, która chyba zrobiła wrażenie, bo wila aż zamilkła, być może szukając odpowiednich słów… ale może Victoria nie była dobrą osobą, by je usłyszeć. A może posłuchała Sauriela i po prostu się zamknęła… Ze strachu? Szacunku? Nie potrafiła złapać dynamiki ich relacji. – Myślę, że jakbyś nazwała to przy nim dewocjonaliami, to dostałby drugiego ataku – skwitowała po chwili i odwróciła głowę do Sauriela, obserwując przez moment, jak kot go obwąchuje, najwyraźniej czując się coraz bardziej swobodnie w jego czułych dla kotów rękach.
– Nie, nie pierdolę – a chciałabym, i nie chodziło wcale o drugie dno tej wypowiedzi, o tę dwuznaczność. Wolałaby, żeby tego zamieszania przy straganie nie było, bo w krótkim czasie stało się wiele bardzo złych rzeczy, ale była tam lekarka… Florence na pewno sobie poradzi, o ile w ogóle ten drugi Robert Mulciber dopuścił ją do pierwszego Roberta Mulcibera, bo chyba słyszała i o to jakąś awanturę. Dla niej jednak Kwiatuszek był ważniejsz, niż stanie tam, w ogniu… ataków serca, bijatyki. Należało się rozejść… I pewnie musiałaby zareagować jak na aurora bez odznaki przy dupie przystało, bo trudno było to zignorować nawet jej, ale kot ją od tego uwolnił i zwiał.
Sauriel nie miał w sobie niczego z dachowca, choć tak bardzo mieszał swoją osobę z rynsztokiem i gównem. Był rasowym kocurem, który może i lubił się szwendać po niebezpiecznej okolicy, wdawał się w kocie bójki, doskonale machał opazurzoną łapą, syczał i warczał… i może i miał nastroszone i potargane na karku futerko, ale nie był żadnym dachowcem. Nie był też żadnym Kwiatuszkiem, ale Victoria widziała w nim znacznie więcej, niż Sauriel o sobie uważał… Nie był najgorszy, nie był największym złem tego świata. Na pewno jednak miewał w głowie pstro, jak teraz, gdy ta jedna zdradliwa myśl wypłynęła na zewnątrz, kiedy uznał, że zostanie templariuszem tej wiary. Wielki akolita Sauriel, okładający wrogów woskowym penisem po mordzie… Ale Sauriel nie był religijny, odsuwał od siebie to, co stało się na Beltane, chociaż doświadczył tego na własnej skórze… Ale bywał wyjątkowo twardogłowy (czy to lata bicia go w nią tak go… umocniły z braku lepszego słowa?).
Słodki uśmieszek Lorraine, gdy ją wyminęła, by pójść bez pożegnania w swoją stronę, nie robił na Victorii wrażenia. Widziała takich uśmieszków tysiące, dlatego nauczyła się przy takich osobach nie opuszczać gardy. Odetchnęła dopiero, gdy Malfoy zniknęła w tłumie, i zmarszczyła brwi, starając się nie brać do siebie ostatnich słów, jakie tu z jej strony padły. Zabawiać damę swego serca? Lestrange odwróciła się przez ramię, widząc jej niknącą postać i dopiero wtedy ponownie spojrzała na Sauriela, odrobina napięcia dopiero teraz z niej zeszła. Bo przy takich kobietach jak Lorrain trzeba było się mieć bardzo na baczności.
– Florence Bulstrode mogłaby tego wtedy nie docenić należycie – odparła, spoglądając na sterczącego w dłoni Sauriela fallusa. – Chociaż po dzisiaj jestem pewna, że patrzyłaby na to inaczej. Też tam była jak się zaczęło… – i też zapłaciła za te okropne świeczki, dla zasady.
Odebrała przekładanego co chwila Kwiatuszka, przytulając go do siebie na chwilę, głaszcząc niebieskie futro, aż kucnęła i otwarła wieko koszyka, gdzie znajdował się kocyk i jakieś zabaweczki i wsadziła tam koteczka, głaszcząc go przy tym. Ten pokręcił się w środku i miauknął cicho, a wtedy ciemnowłosa przykryła koszyk, by Kwiatuszek miał ciszę, spokój i ciemność, którą koty tak lubiły.
– Myślałam, że to rolą kobiety jest stawianie lodów – to powiedziała już całkowicie celowo i całkowicie dwuznacznie, i uśmiechnęła się przy tym niewinnie. Dała się za to złapać za dłoń – całkowicie z zaskoczenia i w pierwszej chwili się spięła, nie do końca rozumiejąc, co tu się dzieje… kiedy ostatnio Sauriel złapał ją za dłoń, na tym pamiętnym spacerze, wszystko się… wszystko się popsuło. Tym razem nie zamierzała popełnić tego samego błędu i zadawać dziwnych pytań, ale nie wyrwała mu się z uścisku. Z torebką na ramieniu i koszykiem w ręce, po prostu z nim poszła, czując, że serce zabiło jej jak szalone.
– Kwiatuszek to tak naprawdę Błękitny Kwiatuszek – powiedziała za to, zamiast zadawać pytania, na które nikt nie był gotów odpowiadać. – Nora mówiła, że dzieci rzuciły na niego zaklęcie i zrobił się niebieski i nie da się tego naprawić. Podobno świeci w ciemności, wiesz? I lubi przebywać przy kwiatach – paplała, niejako prowadząc ich do strefy gastronomicznej i stoiska Nory, bo wiedziała, gdzie jest.
Nory co prawda tu nie było, ale była jakaś kobieta, ekspedientka z Nory Nory, od której zamówili dla siebie lody. Victorioa rozejrzała się też po miejscu, gdzie były rozdawane do adopcji koteczki, i nie było już żadnego koszyka, znaczy, że wszystkie znalazły nowy dom. Uśmiechnęła się na tę myśl i właśnie chciała to przekazać Saurielowi, ale gdy otworzyła usta i chciał mu to powiedziać, to z jej gardła wydobyło się tylko:
– Beeee beeeeee – po którym kobieta zasłoniła sobie usta dłonią. O matko, ale wstyd, aż jej policzki poróżowiały. Kątem oka za to zerknęła na scenę, stąd dużo lepiej widoczną i na taniec, jaki się tam odbywał.