Pierdolony Sancho Pansa.
Kiedyś ojciec powiedział mu, że godność Loretty ma być dla niego najważniejsza, a on uwierzył w ten żart całym serce. Całe życie robił z siebie pośmiewisko ku chwalę czegoś, co nawet nie istniało. Nawet u Bellów nie znajdziesz takiego pajaca jak ten malowany idiota z jaskółką na szyi. Teraz tak to czuł, w kryzysie tożsamości. Ponad dwie dekady wypierania rzeczywistości, uchodziło z niego jak z nadętego krowiego jelita. To całe napięcie przemieniało się w czystą nienawiść. To co spływało po jego skroniach to nie pot, to wywar śmierci. Każdą komórką swojego ciała wibrował w rytmie marszu pogrzebowego. Bo jeden z najważniejszych dysków w jego kręgosłupie moralnym postanowił spierdolić na wycieczkę narkoznawczą.
Zremisować z Nottem to jak upaść twarzą w gnój, to pierwsza ciężka rana na jego ego. A teraz nie wiedział, czy bolało go bardziej to, że zremisował przegrał z tą osobą w kryzie cwelstwa, czy że stracił na tym więcej, niż w ogóle miał do wygrania. Swoją drogą nikt go o to nie prosił, sam wyrwał się przed migawki aparatów twierdząc, że zrobi przysiad na mordzie oponenta za stare, nawet nie swoje, krzywdy. Teatrzyk dla niedojrzałych, tylko żeby odwrócić uwagę od zniknięcia Loretty. Bo kiedy siostrzyczka rozbijała się po Ameryczce waląc przy tym po kablach, on po raz kolejny musiał pokazać światu, że tylko urósł, a nigdy nie dojrzał.
Strasznie długi wywód jak na klubowe warunki. Musiał przechylić głowę i nadstawić ucha, żeby cokolwiek zrozumieć z tego finezyjnego pierdolenia. Fakt, w tym momencie nienawidził go jak brzęczącej muchy na kacu, jak irlandczycy brytyjczyków, jak rom obowiązku rodzicielskiego. Nie był go w stanie obrazić bardziej, wymyślić czegoś podlejszego, niż to co uświadomił sobie schodząc z areny.
Trwał jednak w tej niewzruszonej pozie, chociaż jego język próbował przebić się taranem przez zęby w śmierciożerczym odruchu żądzy mordu. Wartości w które próbował uderzyć, z każdą chwilą traciły na znaczeniu i wadze. - Jebany to będziesz Ty przez najsmutniejsze i najczarniejsze knagi w całym kraju. Odparł szybciutko, całkiem rozbawiony tą scenką. Mógłby odnosić się po kawałeczku do każdego zdania które rzucał w stronę Louvaina, ale przecież, ani jemu, ani temu drugiemu ani przez moment o to nie chodziło. Strasznie dużo pieprzył jak na tak tajemniczego gościa, za którego puste cipska go odbierały.
- Atreus, masz może chusteczkę? Bo jakaś spłakana kurwa się nam trafiła. - spuentował, z prześmiewczą i kpiącą postawą. Chciał szturchnąć przyjaciela łokciem, żeby się w końcu odwrócił i spojrzał jak skundlony lowar odpuszcza pyskówkę. Nie trafił jednak w jego bok, bo Bulstrode wyrwał się do przodu. Wyprzedził go w tym co powinien sam zrobić, nie pozwalając mu nawet dokończyć tego monologu. W stadnym instynkcie ruszył od razu za aurorem dorzucając coś od siebie. Nie da sobie tak łatwo odebrać przyjemności z napierdalania śmiecia po żebrach. Przecież przemoc rozwiązuje wszystkie problemy, racja?
Slaby sukces...
Akcja nieudana