Groźby… Laurent i bez bezpośrednich gróźb wydawał się być odpowiednio zastraszony, czy więc potrzeba było w ogóle wyciągać różdżkę? Tak po prawdzie czarnowłosy mężczyzna nie potrzebował jej ani teraz, ani kilka dni temu, gdy nawet nie tknął młodego Prewetta. Wystarczyły słowa wypowiedziane wystarczająco cicho, nie były potrzebne nawet krzykliwe przekleństwa, ani uśmieszki. Wystarczyło powiedzieć kilka słów i oto byli tutaj, w Czarnej Latarni na Nokturnie, pijąc wspólnie wino. Bo gdy kieliszki się przed nimi nagle pojawiły, to Kieran zgasił papierosa o popielniczkę, sięgnął po swój niemalże od razu i upił kilka łyków, by na końcu odsunąć w powietrzu to naczynie, spojrzeć na nie i zrobić minę uznania. Najwyraźniej gęste, karmazynowe wino, o jakże wdzięcznej nazwie, wyjątkowo mu pasowało. Ze stuknięciem odłożył kieliszek, a lewe ramię rozciągnął na stojącym obok krześle, kompletnie rozluźniony. Jakby właśnie był na spotkaniu ze znajomym, a nie z kimś, od kogo właśnie odbierał zaciągnięty dawno temu dług.
– Właściwie to spodziewałem się dokładnie tego – że Laurent ubierze się… nie do końca adekwatnie do sytuacji, chociaż bardzo będzie się starał wtopić w tłum. – Ani trochę się nie zawiodłem – dodał, wlepiając szare spojrzenie w blondyna, chociaż w tym półmroku mogło się wydawać, że miał dużo ciemniejsze tęczówki, niż w rzeczywistości. – Wiedzą to potęga, panie Prewett. Można nie korzystać, albo nie bywać, ale im więcej wiesz, tym łatwiej można się dopasować do nagłych sytuacji – i jednocześnie im więcej wiesz, tym gorzej śpisz… ale wszystko miało swoją cenę. Natomiast nie wypadało być ignorantem, skoro już się zadarło z graczami półświatka. Nie płotkami, a grubymi rybami. – Gotów jesteś wpakować się w kolejne bagienko i co wtedy? Ktoś będzie cię musiał z tego wyciągać – odparł spokojnie. Czy więc się martwił o śliczny nosek Laurenta… może. A może chodziło tylko o interesy?
Szarooki przyglądał się Prewettowi przez moment z zagadkowym wyrazem twarzy, gdy ten złapał się za brzuch, a potem odezwał. Avery nie odpowiedział od razu, tylko obserwował w ciszy, ale w końcu ten nieco zachryply głos (choć dzisiaj był znacznie czystszy niż ostatnio) się odezwał:
– Nie są – spokojny, niemal wyzbyty z emocji głos odpowiedział spokojnie, oczy zdawały się świdrować Prewetta na wylot. Brew nieznacznie mu drgnęła, gdy ten zaczął trzepotać rzęsami. – Nie jestem naszym wspólnym przyjacielem, żeby to miało na mnie podziałać, Cukiereczku. Musisz się postarać trochę bardziej – uniósł kącik ust w górę, ubawiony tym przedstawieniem i znowu sięgnął po swój kieliszek. – Ale tak, to dopiero początek. I dobra wola, żeby załatwić to w cywilizowany sposób, dostałeś ogromny kredyt zaufania. Każdy inny za swoje winy pokutowałby trochę boleśniej – trochę… niedopowiedzenie roku. Kieran uśmiechnął się niemalże przyjaźnie. – Jeśli masz jakieś swoje propozycje, to zamieniam się w słuch. Pan De jest bardzo ciekawy czy masz jakieś swoje pomysły na pokutę – to też było takie wspaniałomyślne… wymyślać swoją własną karę i może nawet wziąć ją pod uwagę.