01.01.2023, 23:31 ✶
Stres tak właśnie działał, że przestawało się sensownie myśleć i głowę wypluwała tylko takie kompletne głupoty. I jej, i jemu. Oboje nie wiedzieli co powiedzieć, oboje nie wiedzieli co zrobić, oboje chcieli, żeby efekt był jakiś, a nie nijaki, oboje musieli się odnaleźć w tej sytuacji, żeby jakoś funkcjonować, nie wykończyć się. Różnica między nimi byle taka, że Victoria najpierw myślała, nim coś robiła, a Sauriel najpierw robił, a potem udawał, że to wynik przemyślanej akcji. Chętnie przyznawał się do swoich wad i jednocześnie wcale nie do tego, że coś zrobił źle, że można było lepiej. Wyciągał wnioski, ale nie wprowadzał ich zbyt często w życie – a kłopoty się go trzymały, nic dziwnego, bo takim stylem bycia wręcz je przyciągał.
- Było – przyznała za nim i poczuła, że ma lekko ściśnięte gardło. O tym, że dobrze się wczoraj bawiła z Saurielem też nie zamierzała matce mówić. Tak to jakoś było, że można było zaufanie budować latami i wszystko zepsuć jedną sytuacją, a ta nie była nawet jedna… - Zrozumiałe, że nie krzyczysz o tym na lewo i na prawo – "dzień dobry, nazywam się Sauriel Rookwood i jestem wampirem". To było niedorzeczne. Mówiła już teraz bardzo cicho. - Z początku brałam twoje zachowanie jako dziwactwa, do głowy mi nie przyszło… – nie musiała kończyć tego zdania. Wiadomo co by jej nie przyszło do głowy i było to związane z rodzicami. - Nie ma czego, jedziemy w końcu na tym samym wózku. Prawie jak w podziemiach Gringotta. Brakuje jeszcze po drodze tylko jakiegoś paskudnego smoka – stwierdziła z przekąsem. Mogli tak sobie współczuć wzajemnie. Że nie był lepszy… no nie był, ale póki co to Victoria nie mierzyła go tą miarą. - Ja tak samo – odpowiedziała. - Ja tak samo, Kocie – nawiązała do wczoraj, ale było to wszystko prawdą. Nie chciała robić sobie z niego wroga i toczyć wojny w pracy, a potem jeszcze w domu. Chciała, żeby się jakoś dogadali. - Odprowadzisz mnie do wyjścia? Nie chcę myszkować wam po domu.
- Było – przyznała za nim i poczuła, że ma lekko ściśnięte gardło. O tym, że dobrze się wczoraj bawiła z Saurielem też nie zamierzała matce mówić. Tak to jakoś było, że można było zaufanie budować latami i wszystko zepsuć jedną sytuacją, a ta nie była nawet jedna… - Zrozumiałe, że nie krzyczysz o tym na lewo i na prawo – "dzień dobry, nazywam się Sauriel Rookwood i jestem wampirem". To było niedorzeczne. Mówiła już teraz bardzo cicho. - Z początku brałam twoje zachowanie jako dziwactwa, do głowy mi nie przyszło… – nie musiała kończyć tego zdania. Wiadomo co by jej nie przyszło do głowy i było to związane z rodzicami. - Nie ma czego, jedziemy w końcu na tym samym wózku. Prawie jak w podziemiach Gringotta. Brakuje jeszcze po drodze tylko jakiegoś paskudnego smoka – stwierdziła z przekąsem. Mogli tak sobie współczuć wzajemnie. Że nie był lepszy… no nie był, ale póki co to Victoria nie mierzyła go tą miarą. - Ja tak samo – odpowiedziała. - Ja tak samo, Kocie – nawiązała do wczoraj, ale było to wszystko prawdą. Nie chciała robić sobie z niego wroga i toczyć wojny w pracy, a potem jeszcze w domu. Chciała, żeby się jakoś dogadali. - Odprowadzisz mnie do wyjścia? Nie chcę myszkować wam po domu.