07.06.2024, 20:42 ✶
Koło fortuny, a następnie południowe stragany
Spojrzał w zamyśleniu na woreczek, ale gdy tylko odkrył jego właściwości rozpromienił się serdecznie, obdarzając świat swoim uśmiechem numer 16 – tym, które sprawiało pozór pielęgnowania wewnętrznego dziecka. To prawdziwe wewnętrzne dziecko tłumaczyło Homera i Platona z oryginału, ale ludzie zwykle nie lubili wiedzieć o jego "rozrywkach" z młodości. Buteleczka nie sprawiła mu tyle satysfakcji, ale tu znów pojawił się uśmiech tym razem numer 18, przeznaczony specjalnie na przyjmowanie listów, gratulacji i podarków, które ni jak miały się do jego wewnętrznych potrzeb i pragnień.
– Primitivo... nie wiem doprawdy dlaczego swoje serce oddałaś Jugosławi, ale jeszcze Cię przekonam, do nawrócenia się na jedyną prowansalską drogę. Dziś mam tylko różowe, ale nie zapominaj, że Francja potrafi krwawić nie gorzej niż kraina skąpana w wojną. – może zabrzmiał nieco zbyt poważnie, nieco zbyt dramatycznie, ale rozmawiał z Niewymownymi, którzy całe dnie spędzali głęboko pod ziemią otoczeni czernią. Potrzebowali kolorów. Nawet takich, których on sam nie mógł widzieć. Na prędce sfinalizował dwa ostatnie losy, kryjąc swoją irytację, że nie może znaleźć piątego.
– Nic takiego, jakieś zamieszanie przy stoisku ze świecami– opowiadał gdy ruszyli do straganów południowych. – Chyba chodziło o ich kształt, chociaż rzeczywiście niedługo potem bardzo dużo pojawiło się tam aurorów i brygadzistów. Aż człowiek czuje się bezpiecznie, że reakcja nastąpiła tak prędko, niemniej jednak... no jest tam wciąż pewien chaos, który niekoniecznie mi odpowiada przyznam, dlatego uznałem, że lepiej na moment się odsunąć.
Ognie ze sceny lśniły, ludzie zdawali się nieco spokojniejsi skoro przedstawienie znów ruszyło, harmider przy świecach trwał, ale Anthony myślami był już zupełnie, zupełnie gdzieś indziej. Udało mu się nawet powstrzymać odruch spojrzenia na Morpheusa, tak absolutnie trzymał sznurki własnego ciała w możliwie ciasnym i nie pozostawiającym przestrzeni na błąd układzie. Pewnie normalnie uległby i poświęcił więcej czasu swoim kolegom z innego departamentu. Ale obiecał, a obietnice były dla niego bardzo ważne.
– Wybaczcie mi proszę, nieco lekkomyślnie Was zaprosiłem teraz, nie sądziłem, że pokazy się już rozpoczną. Muszę pojawić się gdzieś w okolicy sceny, rozumiecie... prasa, zdjęcia, garnitur do wypromowania... – oczy przetoczyły się lekceważąco, ot takie drobnostki, małe dodatkowe obowiązki, które zmuszają go do obecności na dożynkach. Z pewnością nie było w tym drugiego dna. – Vera daj znać, kiedy skaczemy po fotele do kompletu! – rzucił jeszcze na odchodnym i odbił od nich, nie musząc się nawet rozglądać po stoiskach. Grawitacja nie działała w ten sposób.
– Coś ciekawego? – zapytał gdy już zatrzymał się przy lewym ramieniu Erika, pochylając się obok niego i prześlizgując się wzrokiem po wystawce, a potem skupiając wzrok na sprzedającej. Z zaskoczeniem uniósł brew widząc znajomą twarz. – Ach panna Zamfir, widzę, że oboje dzisiaj ciężko pracujemy by utrwalić swoje nazwiska w miejskich kronikach. Jak samopoczucie? Jestem w sumie ciekaw... co najlepiej dzisiaj schodzi? – zakładał, że kotki. W sumie nic dziwnego, skoro obchodzili święto płodności.
– Primitivo... nie wiem doprawdy dlaczego swoje serce oddałaś Jugosławi, ale jeszcze Cię przekonam, do nawrócenia się na jedyną prowansalską drogę. Dziś mam tylko różowe, ale nie zapominaj, że Francja potrafi krwawić nie gorzej niż kraina skąpana w wojną. – może zabrzmiał nieco zbyt poważnie, nieco zbyt dramatycznie, ale rozmawiał z Niewymownymi, którzy całe dnie spędzali głęboko pod ziemią otoczeni czernią. Potrzebowali kolorów. Nawet takich, których on sam nie mógł widzieć. Na prędce sfinalizował dwa ostatnie losy, kryjąc swoją irytację, że nie może znaleźć piątego.
– Nic takiego, jakieś zamieszanie przy stoisku ze świecami– opowiadał gdy ruszyli do straganów południowych. – Chyba chodziło o ich kształt, chociaż rzeczywiście niedługo potem bardzo dużo pojawiło się tam aurorów i brygadzistów. Aż człowiek czuje się bezpiecznie, że reakcja nastąpiła tak prędko, niemniej jednak... no jest tam wciąż pewien chaos, który niekoniecznie mi odpowiada przyznam, dlatego uznałem, że lepiej na moment się odsunąć.
Ognie ze sceny lśniły, ludzie zdawali się nieco spokojniejsi skoro przedstawienie znów ruszyło, harmider przy świecach trwał, ale Anthony myślami był już zupełnie, zupełnie gdzieś indziej. Udało mu się nawet powstrzymać odruch spojrzenia na Morpheusa, tak absolutnie trzymał sznurki własnego ciała w możliwie ciasnym i nie pozostawiającym przestrzeni na błąd układzie. Pewnie normalnie uległby i poświęcił więcej czasu swoim kolegom z innego departamentu. Ale obiecał, a obietnice były dla niego bardzo ważne.
– Wybaczcie mi proszę, nieco lekkomyślnie Was zaprosiłem teraz, nie sądziłem, że pokazy się już rozpoczną. Muszę pojawić się gdzieś w okolicy sceny, rozumiecie... prasa, zdjęcia, garnitur do wypromowania... – oczy przetoczyły się lekceważąco, ot takie drobnostki, małe dodatkowe obowiązki, które zmuszają go do obecności na dożynkach. Z pewnością nie było w tym drugiego dna. – Vera daj znać, kiedy skaczemy po fotele do kompletu! – rzucił jeszcze na odchodnym i odbił od nich, nie musząc się nawet rozglądać po stoiskach. Grawitacja nie działała w ten sposób.
– Coś ciekawego? – zapytał gdy już zatrzymał się przy lewym ramieniu Erika, pochylając się obok niego i prześlizgując się wzrokiem po wystawce, a potem skupiając wzrok na sprzedającej. Z zaskoczeniem uniósł brew widząc znajomą twarz. – Ach panna Zamfir, widzę, że oboje dzisiaj ciężko pracujemy by utrwalić swoje nazwiska w miejskich kronikach. Jak samopoczucie? Jestem w sumie ciekaw... co najlepiej dzisiaj schodzi? – zakładał, że kotki. W sumie nic dziwnego, skoro obchodzili święto płodności.