Umawiając się z Laurentem, trzeba było wziąć pod uwagę szereg różnych rzeczy, a koronną z nich było to, że już raz sprzysiągł się z tą cholerną wywłoką, w wyniku czego Dante i jego najbardziej zaufani ludzie mieli zginąć… I ktoś na pewno zginął. Nie zginął za to Kieran. Ale czy wtedy był tak blisko Dantego? Czy może wspiął się po drabince hierarchii już później? W końcu… minęły przecież długie lata. Cokolwiek chodziło po głowie Kierana… Laurent musiał obejść się smakiem, nie był wszak legilimentą. Nie był też wystarczająco zaznajomiony z Nokturnem, by wiedzieć, jaka knajpa to jaki dokładnie teren wpływów, kto się tu kręci, kto jest pod protekcją kogo… Ani co dokładnie potrafił, a czego nie potrafił siedzący naprzeciwko niego mężczyzna, spoglądający nań w ten zblazowany sposób.
– Mam nadzieję – mruknął cicho. Na Nokturnie było już wystarczająco niebezpiecznie i bez ciągłego pilnowania chłopaczka, co to nie wiedział, jak się ubrać stosownie do okazji. Może i wiedział jak wystroić się na bal, co założyć, czego nie, jakie dobrać dodatki, który uśmiech przywdziać do kogo, jakie sztućce używa się kiedy i jak zatańczyć klasycznego angielskiego walca… ale Nokturn to nie był parkiet jakiejś wielkiej sali czystokrwistego rodu, a spotkania tu nie były kurtuazyjną pogawędką o pogodzie.
Ta pogawędka była jednak dosyć miła, prawda? Niezależnie od widma, jakie wisiało nad Laurentem – póki co nic strasznego się nie działo. Kieran nie robił żadnych gwałtownych ruchów (ale poprzednio również ich nie robił), nie było jasno zarysowanej groźby, a jednak Laurent wszędzie doszukiwał się tej pułapki. I chyba słusznie? Zadawał się właśnie z jakimś (albo nie jakimś, a wysoko postawionym…) oprychem z Nokturna i nie potrafił go rozgryźć. O co mu chodziło? O uśpienie czujności? A może po prostu dzisiaj chciał jedynie jego pieniądze na dobry początek? Albo… po prostu gotował żabę… Żabą w tym wydaniu był oczywiście Laurent.
– Bardziej – powtórzył i uśmiechnął się drapieżnie, po czym znowu sięgnął po swoje wino i aż przymknął na sekundę powieki. Krwawe na początku było słodkie, ale z upływającym czasem, gdy czekało w nalanym naczyniu, robiło się powoli mniej słodkie… a potem wchodziło w nuty wytrawnego. – Jestem jedynie skromnym posłańcem – ale czy rzeczywiście? A może miał całkowicie wolną rękę w tej sprawie – byle doprowadzić ją do zadowalającego finiszu, po drodze zaliczając odpowiednie punkty, które zostały mu narzucone? – Pytam co chodzi po głowie tobie, jego tutaj nie ma, mój drogi – zakołysał kieliszkiem, wprawiając dziwnie gęstą ciecz w ruch. – Mówisz teraz o karze dla niego, czy dla siebie? – wydawał się być rozbawiony, gdy uważne spojrzenie śledziło ruchy Laurenta, jego miny.