– Zrobiła to co ja, kupiła te świeczki – Sauriel w swoim założeniu nie trafił. Victoria z kolei była pewna, że gdyby teraz Florence zobaczyła taką falliczną świeczkę do rytuału, to przypomniałaby sobie o tym, jak Atreus okłada nią Notta, a potem ona sama płaci za świeczkę i dokupuje kolejne tylko dlatego, ze Robert Mulciber kazał im się rozejść – jakby ten stary grzyb miał cokolwiek do powiedzenia. Nie miał. I obie, Victoria i Florence, bardzo chętnie to udowodniły. Czy przy tym przyczyniły się do jego ataku serca? Cóż… Być może. Ale Victoria nie miała w sobie ani odrobiny wyrzutu sumienia. – Więc pewnie przypomniałaby sobie jak jej drogi Atreus łamie świeczkę na nosie Notta – może złamał mu nos…? Aurorka nie miała okazji się przyjrzeć i zresztą nieważne – bo należało się padalcowi.
– Nie da się ukryć, że jedni są w tym bardziej uprzywilejowani niż drudzy – i z pewnością to nie kobiece ciało kojarzyło się z lodami. Ale ta rozmowa była znacznie przyjemniejsza od tych pytań, prawda? Victoria naprawdę nie zamierzała tego psuć, Sauriel mógł być całkowicie spokojny, bo i ona nie czuła tego zdenerwowania i tej pustki po zerwanym rytuale jak wtedy. Nie było więc też pytań jak się czujesz po tym, bo nie było o co pytać. Pewne gesty mówiły same za siebie… Sauriel pewnie nie każdą osobę złapałby za dłoń, a Victoria nie każdej osobie pozwoliłaby się tak dotknąć i trzymać. To nie był taniec na parkiecie, a przeciskanie się przez tłumek ludzi na Lammas. – Mhm, jak gwiazdka – to były słowa Nory. Victoria tego rzecz jasna nie miała jeszcze okazji zobaczyć, ale dzisiejsza noc pewnie będzie niezapomniana: dla Kwiatuszka, bo trafi do nowego, obcego domu, który stanie się jego własnym, pozna małą czarną kicię, ale dla Victorii też będzie to pełen emocji wieczór i noc – bo pewnie będzie chciała stanąć na głowie, żeby kot dobrze się czuł w nowym dla niego miejscu. – Z tego co zrozumiałam, to nie da się tego cofnąć. Nie wiem co te dzieci dokładnie zrobiły, ale póki nie cierpi, to jest w porządku – ale oczywiście może poszuka na to odpowiedzi… – Były cztery koty z Kociego Azylu, które szukały domu. Każde z nich wyglądało, jakby było po mniejszych czy większych przejściach – Victoria mogła kociaka jedynie zapewnić, że niezależnie od tego, jaki jest, to będzie przez nią chciany i kochany. Nie był to chyba kot z hodowli Figgów, nie mówił, ale nie czyniło go to w żadnym razie gorszym. Victoria nie wybrała go ze względu na to, że był inny, nie patrzyła na Kwiatuszka jak na trofeum do kolekcji. Po prostu… Po prostu coś w nim jej się spodobało i chyba ze wzajemnością. Może to ta miłość do kwiatków?
Stanęli z boku, obserwując ognisty taniec na scenie – podobał się Victorii. Kochała ogień… Czy był złym omenem… zależy dla kogo. Ogień był niszczycielski, ale jednocześnie bez ognia nie byłoby życia. Był więc początkiem i końcem, jak uroboros, jak krąg, wir… wszystko było wirem. Ludzie w tańcu też wirowali. Gdy łapali się za ręce, zamykali krąg. Wszystko było energią…
Uniosła głowę, słysząc mruczenie przy jej uchu. Miauu? Ciemnooka zachichotała, bogowie, jaki Sauriel był kurewsko słodki kiedy tak wydawał te kocie dźwięki. To przykryło nawet jej zawstydzone beczenie, a kiedy się roześmiał, to odsunęła dłoń od ust i też się zaśmiała.
– Beee beee bee – i co cię tak bawi chciała powiedzieć, ale przecież doskonale wiedzieli, co ich właśnie rozbawiło. Bogowie, to było takie miłe. Cały ten dzień był miły (minus zamieszanie przy świeczkach), rozpierało ją szczęście i wręcz miała ochotę rzucić mu się na szyję i przytulić… ale zamiast tego zabeczała jeszcze kilka razy, w miarę jak ubywało jej tego loda w wafelku. – Słodki jesteś kiedy miauczysz – ooch… Tego już nie zabeczała jak owca? No trudno.