07.06.2024, 22:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.06.2024, 22:31 przez Sebastian Macmillan.)
Południowe stragany - stoisko kowenu
Obsługuję Leona i Ulę.
Skinął machinalnie głową na dźwięk pozdrowień, które zostały do niego skierowane. Chociaż postrzegał się w dużej mierze jako odludka, który stronił od niezobowiązujących znajomości i nadmiernych kontaktów z innymi ludźmi, tak nie był kompletnie nieznaną jednostką. Ludzie kojarzyli go z pracy w Ministerstwie Magii, pomocy kowenowi czy z dosyć bogatego dorobku badawczego. Dopiero gdy podniósł wzrok na przybysza, zorientował się jednak, że nie miał do czynienia z pierwszym lepszym wiernym znanym z poprzednich sabatów, a z jednym ze swoich współpracowników.
— Witaj, Leonie — odparł z rezerwą, nie bardzo wiedząc, czego spodziewać się po Bletchleyu.
W pierwszej chwili nie wiedział, jak zareagować na jego obecność tutaj. Przyzwyczaił się, że niektóre osoby mógł swobodnie zaszufladkować jako znajome twarze, które widywał w jednym konkretnym miejscu. Tak było poniekąd z Leonem, toteż spotkanie go w miejskiej dżungli nieco go zdziwiło. Pozwolił chłopakowi spokojnie rozejrzeć się po stoisku, podsuwając mu przedmioty, które początkowo mogły znajdować się poza zasięgiem jego dłoni.
— Emm... Tak. A i owszem. Ruch jest dzisiaj całkiem spory. — Pokiwał głową, wskazując ruchem podbródka na swego asystenta. — Aż musieli mi dać kogoś do pomocy, żeby to wszystko ogarnąć. Koszulki całkiem nieźle schodzą. Podobnie jak kosze. Chociaż to raczej zasługa kotów, jakie rozdają na stoisku Figgów.
Może powinien do nich podejść pod koniec obchodów i podziękować za tę nieoficjalną współpracę? Albo zaoferować, że w przyszłości powinni połączyć siły, jeśli rozdawanie kociąt na bazarach miało stać się dla opiekunów kociego azylu nową tradycją? Bądź co bądź, kapłani powinni pomagać potrzebującym... Nawet jeśli mają cztery łapy i potrafią tylko miauczeć, a zamiast w Matkę, to wierzą w boga tuńczyka i polowań na polne myszy. Sebastian westchnął ciężko, gdy finalizował kompletowanie zamówienia Bletchleya.
— Coś się znajdzie. Chociaż do siebie polecałbym po prostu kupno kosza. Będzie wielokrotnego użytku. Zanim to doniesiesz do domu po obchodach, to nawet mocniejsze opakowanie wyląduje koniec końców w koszu — ostrzegł Sebastian, grzebiąc za ladą w poszukiwaniu na zaś jakiejś torby, która umożliwiłaby Leonowi łatwiejszy transport zakupionych towarów, po czym zaczął go pakować.
Gdy skończył zajmować się Leonem, przeszedł do kolejnej klientki, która rozglądała się przez dłuższą chwilę po stoisku.
— Witam — rzucił z minimalnym uśmiechem na ustach na widok Uli. — W czym mogę... Ahhh, tak. Tradycyjnych świec nie mamy, ale te z imiennym grawerem można łatwo przystosować do swoich potrzeb. — Podsunął dziewczynie odpowiedni zestaw. — Jeśli grawer będzie przeszkadzał, można łatwo rozproszyć energię zaklęcia. To prosty czar, więc nie powinno być z tym większych problemów.