08.06.2024, 11:11 ✶
W Rejwachu nie bywało zwykle tak cicho. Tego dnia jednak — na pierwszy rzut oka podobnego do każdego innego — zawisła w pubie jakby uroczysta atmosfera. W końcu… nie bywała tu zwykle także rodzina Longbottoma, prawda?
Na hałaśliwe portrety o niewybrednym poczuciu humoru opadła więc szkarłatna kurtyna wygłuszająca, zaklęta obustronnie silencio, usuwając je z zasięgu wzroku i słuchu, jak kolegów, których się powstydziło. Na tych przygotowaniach jednak Woody poprzestał. Nie chciał się przecież dać zwariować; odsunął się od rodziny między innymi właśnie po to, żeby nic już nie musieć. Przede wszystkim nie musieć myśleć, co wypada i jak postąpić.
Oto więc on: wolny człowiek wytyczający własne ścieżki — mężczyzna u progu pięćdziesiątki, z parodniowym zarostem, ubrany na mugolską modłę: w sztruksową bluzę ze stójką, spodnie o szerokiej nogawce, czerwoną apaszkę i kapelusz wyrwany z taniego westernu. Gdy zdawał mundur brygadzisty, miał jeszcze włosy, w roku 1970 ostało się tylko ich wspomnienie. Tak oto ten wolny człowiek siedzi teraz w jednym z boksów w głębi sali, bawi się scyzorykiem, stopa postukuje w rytm skocznej jazzowej nuty.
Odkąd zaś Brenna przekroczyła próg pubu, śledził ją uważnie wzrokiem.
— Zamknięte! — zagrzmiał, żeby się z nią podroczyć, po czym wstał, wsuwając scyzoryk do kieszeni. — Ale nie odmówię ciężko pracującym strażnikom prawa i porządku. A szczególnie Longbottomom.
Cieszył go jej widok, nawet jeśli przez magiczny kamuflaż nie wyglądała do końca jak ona. Nie zmieniła jednak wyglądu na tyle, aby zupełnie nie dostrzegł znajomych rysów, które przebijały się spod maski. Poza oczywistym — praktycznym — wymiarem tej transformacji, Woody dostrzegał jeszcze inne zalety: czary rozproszyły znak czasu na twarzy bratanicy. Tarp nie mógł porównać jej do nastolatki, którą znał z poprzedniego życia; ujrzeć na własne oczy, na jak długo odszedł. To lepiej.
Nie do końca właściwie wierzył, że Brenna przyjdzie. Napisała, a potem na tak długo zamilkła. Niepotrzebnie robił sobie na początku nadzieję na to, że być może coś się w końcu zmieniło. Naiwnie było myśleć, że będą chcieli mieć z nim nic wspólnego wcześniej niż na łożu śmierci albo i dopiero po zejściu z niego. A potem napisała ponownie, zapowiedziała się i rzeczywiście była tu.
Woody stanął za ladą, opierając się oboma dłońmi o blat i patrząc na nią wyczekująco.
— Zatem jestem do usług, młoda damo. Polać coś? Jak pani brygadzistka na służbie, to poleję nawet podwójnie na przetrwanie zmiany.
Na hałaśliwe portrety o niewybrednym poczuciu humoru opadła więc szkarłatna kurtyna wygłuszająca, zaklęta obustronnie silencio, usuwając je z zasięgu wzroku i słuchu, jak kolegów, których się powstydziło. Na tych przygotowaniach jednak Woody poprzestał. Nie chciał się przecież dać zwariować; odsunął się od rodziny między innymi właśnie po to, żeby nic już nie musieć. Przede wszystkim nie musieć myśleć, co wypada i jak postąpić.
Oto więc on: wolny człowiek wytyczający własne ścieżki — mężczyzna u progu pięćdziesiątki, z parodniowym zarostem, ubrany na mugolską modłę: w sztruksową bluzę ze stójką, spodnie o szerokiej nogawce, czerwoną apaszkę i kapelusz wyrwany z taniego westernu. Gdy zdawał mundur brygadzisty, miał jeszcze włosy, w roku 1970 ostało się tylko ich wspomnienie. Tak oto ten wolny człowiek siedzi teraz w jednym z boksów w głębi sali, bawi się scyzorykiem, stopa postukuje w rytm skocznej jazzowej nuty.
Odkąd zaś Brenna przekroczyła próg pubu, śledził ją uważnie wzrokiem.
— Zamknięte! — zagrzmiał, żeby się z nią podroczyć, po czym wstał, wsuwając scyzoryk do kieszeni. — Ale nie odmówię ciężko pracującym strażnikom prawa i porządku. A szczególnie Longbottomom.
Cieszył go jej widok, nawet jeśli przez magiczny kamuflaż nie wyglądała do końca jak ona. Nie zmieniła jednak wyglądu na tyle, aby zupełnie nie dostrzegł znajomych rysów, które przebijały się spod maski. Poza oczywistym — praktycznym — wymiarem tej transformacji, Woody dostrzegał jeszcze inne zalety: czary rozproszyły znak czasu na twarzy bratanicy. Tarp nie mógł porównać jej do nastolatki, którą znał z poprzedniego życia; ujrzeć na własne oczy, na jak długo odszedł. To lepiej.
Nie do końca właściwie wierzył, że Brenna przyjdzie. Napisała, a potem na tak długo zamilkła. Niepotrzebnie robił sobie na początku nadzieję na to, że być może coś się w końcu zmieniło. Naiwnie było myśleć, że będą chcieli mieć z nim nic wspólnego wcześniej niż na łożu śmierci albo i dopiero po zejściu z niego. A potem napisała ponownie, zapowiedziała się i rzeczywiście była tu.
Woody stanął za ladą, opierając się oboma dłońmi o blat i patrząc na nią wyczekująco.
— Zatem jestem do usług, młoda damo. Polać coś? Jak pani brygadzistka na służbie, to poleję nawet podwójnie na przetrwanie zmiany.
piw0 to moje paliwo