Pozór normalności tej rozmowy, dysonans, jaki to wprowadzało, musiał naprawdę działać Laurentowi na nerwy. Stawiać wszystkie obrony do pionu, naprężać i wycieńczać, kiedy z każdej strony spodziewano się ciosu, który nie nadchodził. Może to już, może za chwilkę? Przecież trzeba było być w gotowości, że cos się wydarzy. Już zaraz, już za chwilę…
Kieran jedynie się uśmiechał w ten sposób, który przestraszonemu Prewettowi mógł powodować ciarki na karku i plecach. Oczy… Miał spokojne, zimne oczy i jego ruchy pozbawione były nieskupionej gwałtowności. Mężczyzna był tak rozluźniony, jakby był u siebie, ale nie był… nie mógł być, prawda? Niepewność i bezsilność były cholernie mocnymi emocjami, które klinem wbijały się do głowy i czasami poruszały tam nieprzyjemnie, tworząc odczucie fantomowego bólu. Strach powodował kołatanie serca, powiększone źrenice, nieregularny oddech… jak łatwo było strach pomylić z ekscytacją?
– Prosić? – to najwyraźniej rozbawiło Kierana nieco bardziej. Nie padła z jego ust żadna prośba, ledwie zaczepki i propozycje, ale nigdy prośby. Informacje, że cokolwiek Laurent robi – w tym wydaniu to nie działa, przypomnienie, że Kieran to nie Dante i może trzeba zmienić taktykę, jeśli chciał coś ugrać… A czy dało się ugrać? Słowa ciemnowłosego były jak zaproszenie do tańca. – To ty będziesz prosić. A na razie nie starasz się bardziej – raczył zauważyć i przejechał dłonią po blacie, by ostatecznie cicho zastukać opierścieniowymi palcami po drewnie. Nie miał tatuażów, a przynajmniej Laurent nie widział ich na żadnym z odsłoniętych kawałków ciała mężczyzny.
– Szkoda. Przekażę mu, że nie chciałeś się podzielić tym, co chodzi ci po głowie – odparł, biorąc kolejnego łyka wina. To nie było już tak słodkie jak na początku. – I że wolisz się poddać całkowicie jego pomysłom – pomysłom na spłacenie długu. Za zdradę, na nóż prosto w plecy, a potem bebechy, by mieć pewność, że nie wyjdzie z tego żywy. A wyszedł. Wyszedł i choć nie pokazał się Laurentowi twarzą w twarz, to jednak przeszłość go ścigała i jej posłańcem był właśnie Kieran. – Aach, niegrzeczna foczka – zacmokał, wyraźnie ubawiony. Rachunek wpisany i zmieniony, bo ostatnia linijka była inna, niż miała być. Oboje wiedzieli, jak miało się to skończyć i jak bardzo się to minęło z rzeczywistością.
Buty zaszurały po posadzce, kiedy Avery cicho odstawił kieliszek na blat i niekoniecznie cicho, ale też niespecjalnie głośno przesunął w tył krzesło, na którym siedział dotychczas rozwalony. Pochylił się, by złapać torbę za ucho i uniósł ją, lecz wcale nie zamierzał do niej zerkać. Cokolwiek Prewett mu wcisnął, jeśli chciał zobaczyć reakcję na to, czy przyniósł odpowiednią sumę, czy raczej próbował wywinąć jakiś numer – to musiał obejść się smakiem. Czarna Latarnia nie była miejscem, by takie rzeczy sprawdzać, a Kieran nie był w ciemię bity.
– Miło się gawędziło, Lukrecjo – powiedział miękko i podniósł się, na moment tylko schylając, by podnieść coś z siedziska drugiego krzesła, o które tak długo się opierał. Mały bukiecik kwiatów wylądował na blacie przed Laurentem: dwie ciemnoczerwone malwy, a w środku fioletowo-niebieski hiacynt. – Jeszcze się zobaczymy. W zależności od zawartości tej torby, okaże się w jakich okolicznościach – dodał, zarzucając sobie torbę jedną ręką, bardzo nonszalancko na plecy i uśmiechnął się z tym błyskiem w oku. Jeśli Laurent miał mu coś do powiedzenia, to to był odpowiedni moment, nim mężczyzna niespiesznie wyszedł, rzucając jeszcze do barmanki pieniądze za ich wina.
Jeśli Laurent czekał na jakieś fizyczne uderzenie, to się go nie doczekał.