Czy miłość do blondynek też miała ich połączyć? Czy właśnie tak to działało? Jedna matka, jeden komórek mózgowych, jeden pe... no dobra, to nie było jedno, ale może jednak, skoro ten Sauriela nie działał? Chuj wie. Sauriel uwieelbiał blondynki, miał do nich ogromną słabość, a już szczególnie takich jak Nora - drobniutkich, kochanych, pełnych ciepła, jak takie małe słoneczka, które im tutaj spacerowały po tym łez padole. Mimo to zdecydowanie nie Norę trzymał za dłonie. Jedyne, co się tym Annom nie udało (bo wszystko inne było wszak idealne) to ten brak talentu ich synów do roślin. Ręki nie mieli do tego ewidentnie, chociaż Sauriel miał za to rękę do
napierdalania ludzi, a Stanley - do czarnej magii. Czymś musieli nadrobić. Rookwood był pewien, że mamusia Stanleya byłaby z niego dumna widząc, jak obcuje dłońmi z naturą. Co prawda tak samo jak on - z ryjami innych ludzi zamiast z kwiatuszkami, ale natura to natura.
Poklepał po ramieniu przyjaciela, pokiwał głową z uznaniem. My job here is done. Sauriel wychował syna. Zasadził ogórka. Zbudował ogórkowe krzesełko (zamiast domu). Czego więcej mógł od życia oczekiwać mężczyzna? Więc teraz podziwiał efekty tego wychowania i był iście rozanielony. O ile koty mogą być anielskie. W Głębinie. Pod Nokturnem... Diabeł też był kiedyś aniołem czy coś.
- Ana-czym? Czy to ma coś wspólnego z analem? - W sumie... chyba słyyszał o czymś takim? Że o ananasie, bo o tego rodzaju seksie zdarzyło mu się usłyszeć, tak. Na Nokturnie zadziwiająco często można było usłyszeć eufemistyczne hasła poezji typu "ruchałem twoją starą w dupe!" Mógł więc z powodzeniem powiedzieć, że był niemal specjalistą od tego typu seksu - przynajmniej z teorii. Co się nasłuchał i ile z tego lekcji wyciągnął to jego. - O Ana... co ty pierdolisz do mnie? - Przed chwilą był dumny, a teraz słychać było, że się nieco zirytował. Jak to Sauriel - cierpliwość na poziomie orzeszka migdałowego... albo kasztana co spadł już z drzewa. Już bardziej znajome wydawało się to o tym ananasie niż o... nawet w głowie tego nie mógł powtórzyć. To była ogólnie bardzo dobra sceneria i czas na tę rozmowę - mając w tle te jęki i prawie płacze. Prawie płacze, bo gość może nie oberwał prawdziwą torpedą, ale wystarczająco celną, żeby coś tam się poprzestawiało na jego twarzy.
- Stanley. - Obrócił się przodem do przyjaciela i przysięgam, gdyby mógł to łezka by mu się w oku zakręciła. - Ja cię zawsze rozumiem. No chyba, że akurat cię nie rozumiem. - Poklepał czule przyjaciela po policzku, po czym obrócił jeszcze spojrzenie na tego związanego. - Chcesz go do jakichś swoich czary mary? Na głowę może? - Byłaby z niego chyba nienajgorsza łepetyna? Ale co on się tam znał, to Borginowie (czasami sobie przypominał, że jego przyjaciel był Borgin, a nie Mulciber) mieli swoją tajemną tajemnicą wyrabiania tych łbów. - Sprzątniemy, napijemy się i idziemy robić wywiad o tym twoim... ananasie. - Odsunął się od mężczyzny i prawdę mówiąc to by nawet tego złodzieja puścił. Gość i tak będzie miał PTSD do końca życia. Ale mimo to sobie nie odpuścił, złapał go za włosy i wbił w jego szyję kły. Szkoda, żeby się obiad zmarnował.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.