02.01.2023, 09:05 ✶
Była mało spontaniczna, myślała, dopiero potem działała i to było błogosławieństwo takiej sytuacji jak ta – nie wpadła tutaj nabuzowana, nie żądała odpowiedzi, nie panikowała. Panikę zaliczyła w domu, nim przetłumaczyła sobie pewne rzeczy na trzeźwo i się uspokoiła, by móc racjonalnie podejmować decyzje. Jej reakcja tutaj była więc pozbawiona pierwszego szoku i mogła tutaj przyjść prawdziwie czując, że się nie boi. Bo gdyby się bała – to by się nie odważyła. W tym wszystkim to jaka była tutaj nie miało w sobie grama kalkulacji, ot, cała, naturalna ona, myśląca racjonalnie, rozumiejąca co się dzieje i dlaczego akurat on nie mówił. Próbowała się wczuć w jego rolę i może nie była wielką empatką, ale wyobrażała sobie, że na jego miejscu też by o tym nie mówiła, zwłaszcza osobie, której prawie nie zna. Co z tego, że według planów mają w przyszłości dzielić życie? Nic. Victoria uważała, że to powinno leżeć w gestii jej rodziców, by poinformować ją o wszystkim co ważne i co dotyczyć będzie tego jej przyszłego życia – bo w końcu to oni je "organizowali".
- Zacząłeś od klaczy rozpłodowej, jak inaczej miałam to odebrać? – to były pierwsze słowa jakie do niej powiedział, kiedy byli po raz pierwszy sam na sam. Krótko bo krótko, ale w ten sposób naprowadził tę relację na takie a nie inne tory, bo Lestrange w moment się zjeżyła. - A kolejne mówiłeś kpiąco – dlatego źle je odbierała. Dlatego tak się złościła. Wiele zależało od tonu głosu, od nastawienia – to naprawdę dało się wyczuwać. I to się tak napędzało, jedno za drugim. Nic dziwnego, że go nie polubiła i ją wkurzał. a w rezultacie on myślał podobnie o niej. No i wyjściowo był na nie, to wiele zmieniało na start. - Nie przeszkadza mi nie mówienie do mnie tak oficjalnie – nie zrozumcie źle, bo lubiła swoje imię. Ale kojarzyło jej się głównie z oficjalnymi spotkaniami albo z tym, jak zwracali się do niej rodzice. A że w domu brakowało tej rodzicielskiej czułości, no to efekt i skojarzenia były proste.
- Taa… Dzięki. Chyba po prostu wypiję eliksir – rzuciła mu na odchodne i się skrzywiła. - I dzięki za pomoc – ktokolwiek był w domu, mógł sobie z tego odczytać co chciał, a tymczasem Victoria uśmiechnęła się do Rookwooda i po bardzo krótkim pożegnaniu wyszła, by wrócić do siebie.
A miała bardzo wiele rzeczy do przemyślenia i ułożenia sobie w głowie. Na tyle, że sen faktycznie był tutaj wskazany.
- Zacząłeś od klaczy rozpłodowej, jak inaczej miałam to odebrać? – to były pierwsze słowa jakie do niej powiedział, kiedy byli po raz pierwszy sam na sam. Krótko bo krótko, ale w ten sposób naprowadził tę relację na takie a nie inne tory, bo Lestrange w moment się zjeżyła. - A kolejne mówiłeś kpiąco – dlatego źle je odbierała. Dlatego tak się złościła. Wiele zależało od tonu głosu, od nastawienia – to naprawdę dało się wyczuwać. I to się tak napędzało, jedno za drugim. Nic dziwnego, że go nie polubiła i ją wkurzał. a w rezultacie on myślał podobnie o niej. No i wyjściowo był na nie, to wiele zmieniało na start. - Nie przeszkadza mi nie mówienie do mnie tak oficjalnie – nie zrozumcie źle, bo lubiła swoje imię. Ale kojarzyło jej się głównie z oficjalnymi spotkaniami albo z tym, jak zwracali się do niej rodzice. A że w domu brakowało tej rodzicielskiej czułości, no to efekt i skojarzenia były proste.
- Taa… Dzięki. Chyba po prostu wypiję eliksir – rzuciła mu na odchodne i się skrzywiła. - I dzięki za pomoc – ktokolwiek był w domu, mógł sobie z tego odczytać co chciał, a tymczasem Victoria uśmiechnęła się do Rookwooda i po bardzo krótkim pożegnaniu wyszła, by wrócić do siebie.
A miała bardzo wiele rzeczy do przemyślenia i ułożenia sobie w głowie. Na tyle, że sen faktycznie był tutaj wskazany.