Miły był to wieczór, jeśli odjąć zamieszanie przy straganie Mulciberów, ale Victoria wierzyła, że jej obecność tam była całkowicie zbędna i nie pomogłaby nikomu i niczemu, zwłaszcza, że miała na głowie opiekę nad kotem, który chyba zawinął się w kłębek w ciemności koszyka, gdzie miał teraz spokój, a Victoria starała się nim nie kołysać za mocno, żeby miał tym więcej możliwości na odpoczynek. Pewnie nie spał, a obserwował, włożywszy swój mały nosek w ogon, jak to koty potrafiły. Sceneria nie była romantyczna, to i romantyzm gdzieś się zgubił, ale te lody przypomniały Victorii o ich spotkaniu tuż po zerwaniu zaręczyn, gdy w środku nocy poszli szukać lodów… Bo Sauriel chciał. Znaleźli je więc teraz, tutaj – miesiąc później, chociaż wydawało się, jakby upłynęło znacznie więcej czasu. Tutaj ten romantyzm się zgubił, pomiędzy beczeniem i miauczeniem, ale jego zalążek gdzieś był przed momentem, gdy w ogóle tutaj szli. Zaś teraz…
– Beeee – odpowiedziała mu na to jego jakże zalotne „mrrrraaaau”, tyle że to jej beczenie, chociaż bardzo się starała, nie było ani trochę tak urocze i słodkie jak kocie odgłosy Sauriela. To jej było wręcz oburzająco bezczelne! Dopiero po chwili udało jej się dać głos, co zaskoczyło ją chyba tak bardzo, jak to, że i Sauriel odzyskał swój. – Taak – normalnie zmrużyłaby oczy, gdyby ktoś inny tak mocno się do niej nachylił, ale nie przed Saurielem, nie. Te swoje duże oczy miała szeroko otwarte, choć teraz zamrugała firaną rzęs i uśmiechnęła się niewinnie. Nawet nie pomyślała, że on mógłby o niej myśleć jak o obiedzie. Oczywiście, zdawała sobie sprawę z jego upodobań i konieczności, która targała jego ciałem (być może zdawała sobie z tego sprawę lepiej niż ktokolwiek inny, biorąc pod uwagę wspomnienia babci…), ale czy jej krew też była tak słodka? Nigdy tego nie sprawdził: jaka była krew Zimnej?
Sauriel rzeczywiście dobrze się obawiał, bo Victoria lekko przekrzywiła się w jego stronę, żeby go bodnąć w bok łokciem, za to targanie włosów i tę jakże piękną obrazę.
– Sugerujesz, że jestem tępa jak baran? Czy puchata i niewinna jak owieczka? – bo to była owca… jeden pies tak po prawdzie, chociaż może dla Sauriela różnica nie była tak subtelna, skoro niewiele się znał na przyrodzie. – Wredna małpa – wymruczała jeszcze pod nosem, bez strachu dobierając się do reszty loda. Skoro on jej tak, to ona nie mogła pozostać mu dłużna. I tylko jej uśmiech zdradzał, że nie była obrażona.
Patrzyła na scenę, jak Nora na nią weszła i jak powoli zbliżała się do typa w czarnym, który sukcesywnie unikał jej obecności i przed nią umykał, ale ona zbliżała się coraz bardziej i bardziej… Wyglądało znajomo, co? A przynajmniej Victorię uderzyło, że było znajome i zerknęła na Sauriela, nieznacznie odwracając w jego kierunku głowę i zadzierając nieco spojrzenie w górę.
– Oj tam od razu cały sierociniec… Mam dużo miejsca, przecież jeden więcej to nie żadna katastrofa – właściwie to żadna różnica, a mogła zrobić dla tego kota coś dobrego, dać mu kochający dom… Victoria wyniosła się z rodzinnego domu i w ciągu jednego tygodnia zdążyła przygarnąć dwa koty. Jak to wróżyło na przyszłość…? Cóż… Sauriel nie wyglądał na niezadowolonego, a to on po godzinach robił za kocią mamę… kociego tatę… Ostatnio wpadł do niej taki zły, ale chwila spędzona z Luną sprawiła, że od razu mu się humor poprawił i ogólnie był w lepszym stanie psychicznym – tak przynajmniej wyglądał i takie miała obserwacje na ten temat. Koty naprawdę łagodziły obyczaje, prawie jak muzyka. Może to przez ich słodkie mruczenie? – A co, szukasz nowego lokum? – to był już żarcik, którym piła do tego, że on sam był jak ten kot, Czarny Kot, który dopiero co miauczał jak rasowy kocur. – Chcesz się ze mną przejść, zobaczyć co ciekawego mają w stoiskach? – zapytała po chwili i uśmiechnęła się ciepło.