02.01.2023, 15:01 ✶
Nie chce. Chęciami to Piekło brukowali, a Sauriel po tych chęciach deptał. Bo chodził piekielnymi ścieżkami - tymi samymi, co koty. W końcu wszyscy w tym świecie wiedzieli, że koty to demony, szatany z piekła wyciągnięte, które chcą podbić ten świat i przejąć nad nim kontrolę. A co, nie? Fergus wyglądał przy tych słowach bardzo biednie. Może właśnie wkładał bruk do tej drogi? No, fajnie. Sauriel na to patrzył z góry i czekał z założonymi rękoma, bo w końcu lepiej jednak po bruku stąpać, niż brudzić sobie buciki błotem i trawskami. Nie było tak, że zupełnie tego "nie doceniał", czy też ignorował chęci i niechęci Fergusa. Tak naprawdę dobrze wiedział, że chłopak (Sauriel nie potrafił go jakoś ozwać mężczyzną w swojej głowie, chociaż Fergus bez wątpienia nim był) nie miał złych intencji, że chciał z nim posiedzieć i że mimo tego, że był zły, to wydawało mu się, że jednocześnie poczuł ulgę i może nawet jakiś gram radości z tego spotkania? Tak mu się wydawało.
- Daj spokój. Mówiłem - nie winię cię. Musisz tylko wiedzieć, że strach ostrzy mi apetyt. - I nie mówił tego, by bardziej nastraszyć Fergusa, to był po prostu fakt. I ten fakt był bardzo ważnym elementem zmiennym tego, jak długo będzie trwało to spotkanie i czy w ogóle będzie jakiekolwiek inne. Coś mu się wydawało, że musiałby się naprawdę postarać, żeby odczepić od siebie Ollivandera. A nie chciał. Niby chciał próbować, przez zdrowy rozsądek, ale koniec końców sam poczuł to samo, co wydawało mu się, że czuje Fergus. Ulgę. I było mu nawet... przyjemnie zobaczyć dawnego przyjaciela. Najlepszego, jakiego miał. Sauriel nie był bestią, jak wilkołaki w pełni, potrafił kontrolować swój głód, ale ten nigdy nie przemijał. Nie ważne, ile krwi się przelało czy jak często była przelewana - zawsze był. Czaił się w cieniu i czekał. Wszystko, co go pobudzało, Sauriel starał się eliminować, albo zapijać to w butelce whiskey czy smrodzie fajek.
- Hmm... - Dlaczego jego? To w zasadzie było dobre pytanie. Przechyliłeś nieco głowę, spoglądając na tego mężczyznę. Na jego wąskie ramiona, kuszące obojczyki. Na głębiej osadzone oczy, przez co wyglądał prawie tak, jakby robił sobie makijaż. Tak samo jak pasowała do tego ciemna linia jego rzęs. Włosy wyglądały jak welon - czekały tylko na odważną, która zabierze tego cud chłopca do ołtarza. Lubił jego nadgarstki. One też kusiły. Ale... czy to wszystko było powodem tego, że akurat ze wszystkich najchętniej pożarłby kogoś, kogo najmniej chciałby pożerać? Wydawało się to absurdalne. Dzikie. - Nie jestem pewien. To składnia wielu rzeczy. Twojej urody, naszej relacji dawnych dni. A najbardziej chyba jakieś poczucie terytorializmu. - Gdyby miał powiedzieć, co było temu najbliższe, to to. Tak. Chciałby go użreć, żeby był jego. Żeby żaden inny wampir nawet nie próbował się do niego zbliżyć, a wilkołaki trzymały swoje śmierdzące psem łapska z daleka. Żeby nikt z tego miejsca go nie zaczepiał i zostawił w spokoju. Ale to nie było tak czysto-emocjonalne. - To moja część instynktu. - Zgadzało mu się to z dotychczasowymi doświadczeniami, chociaż nie zdawał sobie z nich sprawy do tej pory. Tego, że na przykład zawsze wybiera te same dziewki i drażni go niesamowicie, kiedy akurat jego "ulubiona" jest zajęta.
Sauriel się zaśmiał. Wybuchnął w zasadzie śmiechem, kiedy Fergus nagle powiedział magiczne "nie skrzywdzisz mnie". Był to krótki wybuch śmiechu, ale całkowicie szczery. Chociaż tak naprawdę nie powinno być w tym niczego śmiesznego.
- Kogo próbujesz przekonać? Mnie czy siebie? - Zapytał uhahany. - Jeszcze nie próbuję się ciebie "bardzo" pozbywać. I tak. Nie skrzywdzę cię. Nie jestem zwierzęciem. - Aaach, Fergus, Fergus... był doprawdy jedyny w swoim rodzaju. Głupi czy odważny to już nie sposób stwierdzić. Ale co było w nim piękne to wiara. Fergus wierzył, a jego wiara kreowała świat ludziom wokół niego. Szkoda tylko, że nie potrafił przy tym wykreować własnego świata.
- Rzygam już słowami "potrzebuję cię". W dupie mam to, że ktoś mnie potrzebuje. - Potrzebował go - do czego? Chimeryczny Kocur tak jak przed momentem był ubawiony, tak teraz nastrój mu siadł po usłyszeniu tego jednego, drażliwego zdania. Ale jak to on, często najpierw mówił potem myślał. I w zasadzie nie chciał wcale tak ostro naskakiwać na Fergusa, skoro podjął męską decyzję, żeby nie walczyć z samym sobą i jak Fergus powiedział "nie próbować się go pozbyć". Skrzywił się. - Jestem zmęczony, Fergus. Bardzo zmęczony życiem. - I może nie brzmiało to tak mocno i dosadnie, jak powinno, ale Sauriela dzieliło tylko kroków od podjęcia decyzji o tym, żeby z tym życiem skończyć. Bo nie miał już siły. Leciał na oparach. - To nie chodzi o to, że nie chcę być sam. Raczej o to, kogo chce wybrać do zabicia tej samotności. - Wskazał szklanką na Fergusa, jakby wznosił za niego toast.
Tęskniłem. Jedno słowo płynące od odpowiedniej osoby potrafiło naprawdę poruszyć. Sauriel odetchnął głęboko, czując zapachy wokół. Albo raczej - smród. Nie odpowiedział od razu. Nie patrzył też na przyjaciela.
- Żałuję, że nie umarłem. Definitywnie. - Wstał od stolika. - Też mi ciebie brakowało, Piękny. Zaraz wracam. - Oddalił się, ale na widoku, prosto do baru, żeby zamienić parę słów z barmanem i zostawić kilka monet. Wrócił z pełną butelką whisky, którą postawił na stole i miską orzeszków. Usiadł na swoje miejsce. Tak, racja. Na trzeźwo nie można było o takich tematach rozmawiać.
- Daj spokój. Mówiłem - nie winię cię. Musisz tylko wiedzieć, że strach ostrzy mi apetyt. - I nie mówił tego, by bardziej nastraszyć Fergusa, to był po prostu fakt. I ten fakt był bardzo ważnym elementem zmiennym tego, jak długo będzie trwało to spotkanie i czy w ogóle będzie jakiekolwiek inne. Coś mu się wydawało, że musiałby się naprawdę postarać, żeby odczepić od siebie Ollivandera. A nie chciał. Niby chciał próbować, przez zdrowy rozsądek, ale koniec końców sam poczuł to samo, co wydawało mu się, że czuje Fergus. Ulgę. I było mu nawet... przyjemnie zobaczyć dawnego przyjaciela. Najlepszego, jakiego miał. Sauriel nie był bestią, jak wilkołaki w pełni, potrafił kontrolować swój głód, ale ten nigdy nie przemijał. Nie ważne, ile krwi się przelało czy jak często była przelewana - zawsze był. Czaił się w cieniu i czekał. Wszystko, co go pobudzało, Sauriel starał się eliminować, albo zapijać to w butelce whiskey czy smrodzie fajek.
- Hmm... - Dlaczego jego? To w zasadzie było dobre pytanie. Przechyliłeś nieco głowę, spoglądając na tego mężczyznę. Na jego wąskie ramiona, kuszące obojczyki. Na głębiej osadzone oczy, przez co wyglądał prawie tak, jakby robił sobie makijaż. Tak samo jak pasowała do tego ciemna linia jego rzęs. Włosy wyglądały jak welon - czekały tylko na odważną, która zabierze tego cud chłopca do ołtarza. Lubił jego nadgarstki. One też kusiły. Ale... czy to wszystko było powodem tego, że akurat ze wszystkich najchętniej pożarłby kogoś, kogo najmniej chciałby pożerać? Wydawało się to absurdalne. Dzikie. - Nie jestem pewien. To składnia wielu rzeczy. Twojej urody, naszej relacji dawnych dni. A najbardziej chyba jakieś poczucie terytorializmu. - Gdyby miał powiedzieć, co było temu najbliższe, to to. Tak. Chciałby go użreć, żeby był jego. Żeby żaden inny wampir nawet nie próbował się do niego zbliżyć, a wilkołaki trzymały swoje śmierdzące psem łapska z daleka. Żeby nikt z tego miejsca go nie zaczepiał i zostawił w spokoju. Ale to nie było tak czysto-emocjonalne. - To moja część instynktu. - Zgadzało mu się to z dotychczasowymi doświadczeniami, chociaż nie zdawał sobie z nich sprawy do tej pory. Tego, że na przykład zawsze wybiera te same dziewki i drażni go niesamowicie, kiedy akurat jego "ulubiona" jest zajęta.
Sauriel się zaśmiał. Wybuchnął w zasadzie śmiechem, kiedy Fergus nagle powiedział magiczne "nie skrzywdzisz mnie". Był to krótki wybuch śmiechu, ale całkowicie szczery. Chociaż tak naprawdę nie powinno być w tym niczego śmiesznego.
- Kogo próbujesz przekonać? Mnie czy siebie? - Zapytał uhahany. - Jeszcze nie próbuję się ciebie "bardzo" pozbywać. I tak. Nie skrzywdzę cię. Nie jestem zwierzęciem. - Aaach, Fergus, Fergus... był doprawdy jedyny w swoim rodzaju. Głupi czy odważny to już nie sposób stwierdzić. Ale co było w nim piękne to wiara. Fergus wierzył, a jego wiara kreowała świat ludziom wokół niego. Szkoda tylko, że nie potrafił przy tym wykreować własnego świata.
- Rzygam już słowami "potrzebuję cię". W dupie mam to, że ktoś mnie potrzebuje. - Potrzebował go - do czego? Chimeryczny Kocur tak jak przed momentem był ubawiony, tak teraz nastrój mu siadł po usłyszeniu tego jednego, drażliwego zdania. Ale jak to on, często najpierw mówił potem myślał. I w zasadzie nie chciał wcale tak ostro naskakiwać na Fergusa, skoro podjął męską decyzję, żeby nie walczyć z samym sobą i jak Fergus powiedział "nie próbować się go pozbyć". Skrzywił się. - Jestem zmęczony, Fergus. Bardzo zmęczony życiem. - I może nie brzmiało to tak mocno i dosadnie, jak powinno, ale Sauriela dzieliło tylko kroków od podjęcia decyzji o tym, żeby z tym życiem skończyć. Bo nie miał już siły. Leciał na oparach. - To nie chodzi o to, że nie chcę być sam. Raczej o to, kogo chce wybrać do zabicia tej samotności. - Wskazał szklanką na Fergusa, jakby wznosił za niego toast.
Tęskniłem. Jedno słowo płynące od odpowiedniej osoby potrafiło naprawdę poruszyć. Sauriel odetchnął głęboko, czując zapachy wokół. Albo raczej - smród. Nie odpowiedział od razu. Nie patrzył też na przyjaciela.
- Żałuję, że nie umarłem. Definitywnie. - Wstał od stolika. - Też mi ciebie brakowało, Piękny. Zaraz wracam. - Oddalił się, ale na widoku, prosto do baru, żeby zamienić parę słów z barmanem i zostawić kilka monet. Wrócił z pełną butelką whisky, którą postawił na stole i miską orzeszków. Usiadł na swoje miejsce. Tak, racja. Na trzeźwo nie można było o takich tematach rozmawiać.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.