Fakt, z różnych rzeczy dzieci nie było, a i tak były warte grzechy. Wulgarnych przyjemności, bo człowiek nie był stworzony do życia w pokracznym świecie, jaki aktualnie mieli. A może był? W końcu to właśnie człowiek człowiekowi przygotował tę przestrzeń do życia. Nie było żadnej siły pobocznej, magicznego pstryczka uniwersum, które sprawiłoby, że rzeczy na tym świecie były im nadawane przez osobny, wielki byt. Prąd, kanalizacja, radio, kuchenki. Każda rzecz po kolei stworzona została z dłoni ludzkich, a skoro tak to ktoś mądrzejszy, zarządzający tym całym uniwersum, musiał mieć na to jakiś plan? Lub planu nie było wcale, Sauriel był ostatnią osobą odnoszącą się pozytywnie do tych wszystkich religijnych farmazonów, a jednocześnie z wielką ochotą pochłaniał głupoty ludzkiej wyobraźni jak wróżki Esmeraldy i twory innych foliowych czapeczek. Reptilianie mogli chodzić wśród nas, a ziemia okazać się płaska - czytałby o tym i słuchał z błyszczącymi oczkami. Bo to przecież niemożliwe, że można być aż tak głupim. To mogła być jednak jakaś wada urodzenia. Trochę jak wadliwy produkt - skoro już mówili o dzieciach. Nie każda rzecz wychodziła w produkcji dobrze, niektóre były uszkodzone, tak i chyba takich gości wadą z urodzenia było uszkodzenie mózgu.
Spojrzał na swojego ojca z miną kota robiącego "huh?" i to z opóźnieniem, bo nie dowierzał temu, co słyszy. Albo raczej dowierzał, bo przecież słyszał takie hasła nie raz rzucone o dumie rodowej itepe, itede... Że też staruszek miał siłę je powtarzać to już wychodziło poza jego rozum. Śmierciożerca od siedmiu boleści się znalazł, promotor czystej rasy, dumny z błękitnej krwi w żyłach. Och tak, Sauriel był bardzo dumny, że kres już w jego żyłach nie płynęła. Lubił niektórych członków swojej rodziny, a przecież z rodziną wychodziło się najlepiej tylko na zdjęciach. Coś o tym wiedział - w końcu zaczął te zdjęcia robić.
- Powiedział gość zamiatający nogą fajkę pod bar. - Skwitował sceptycznie tą jego dumę i myślenie o tym, kim się jest. Miał kiedyś taką myśl, że nie chciał być jak swój ojciec. Teraz myślał, że był dokładnie taki, jak on. - Zajebisty przykład dumy. - Uśmiechnął się cwaniacko, stukając palcami w blat, żeby polali następną kolejkę. - Najebiesz się to od razu zatęsknisz za kotlecikiem.
Zgoda, nie był DOKŁADNIE jak on. Gardził mentolami.
- No pewnie, załam tę kobietę jeszcze bardziej. Kilka słów i skończy w wariatkowie. - Anna wyglądała już i tak jak cień samej siebie. Czy zdawała sobie sprawę, że mąż ją najprawdopodobniej zdradzał? Sauriel sam nie wiedział, czy faktycznie Eryk chodził na inne panienki, ale by się nieco zdziwił, gdyby było inaczej. Ta kobieta bała się własnego męża, teraz nawet bała się już własnego syna. Czasem było mu jej szkoda. Innym razem powstrzymywał się, żeby nie wynieść na nią swojej frustracji. Sam wyciągnął fajkę dla siebie i obrócił się półprofilem do sali, żeby spojrzeć na balujących ludzi. Blackowie się naprawdę spięli z weselem. - ... nic szczególnego... - Mruknął na to niewygodne pytanie, które od razu zrodziło w nim dyskomfort i niechęć. Spojrzał na ojca przez moment. Co miał mu powiedzieć? Tak? Nie? Nie myślał o tym po prostu. Kiedy o tym nie myślał to "trwanie", bo życiem ciężko to nazwać, wydawało się prostsze. Ponieważ chyba pierwszy raz mieli jakąś w miarę NORMALNĄ konwersację, to dodał: - Latam jako kot z pęcherzem z aparatem, bo Victoria mi go wcisnęła w rękę. Miewałem durniejsze zajęcia. - Właściwie to wcale nie uważał tego za durne, ALE należało wziąć poprawkę na to, JAKIE Sauriel robił zdjęcia. Niekoniecznie były one wielce artystyczne.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.