Wspaniały początek sezonu przyjęć dla niego, musiał przyznać. Liany, dziwny pył, całkowity chaos. I wizja. Zobaczył rude dziewczę, które znał. Zręcznopalca wytwórczyni, u której zamawiał projekty. Nie znał jej dobrze, właściwie nie wiedział, że ma w sobie krew Abottów, nie był zainteresowany drzewami genealogicznymi rodów, jeżeli nie dotyczyły bezpośrednio dziedzictwa jasnowidzenia. Przeoczył tę nitkę, jednak to nie był czas na rozmyślanie. Widzenie przyszło z oporem, jakby wyjątkowo tego wieczoru uznało, że nie może liczyć na jego pomoc. Ostre smagnięcie, krzywda. Gdy tylko obrazy przestały się na siebie nakładać, a spojrzenie powróciło do swojej ostrości, znał rozwiązanie swojego problemu.
Najskuteczniejszym sposobem na pozbycie się roślin był ogień.
— Nott! Tarcza na Penny! — krzyknął do Philipa, widząc go obok panny Weasley, . Nie mógł stracić tak dobrego rzemieślnika, jakbym była młoda kobieta, pomijając fakt, że nie chciał, aby ktokolwiek jeszcze zginął. Martwił się również, czy coś podobnego nie pojawiło się w Warowni. Tam jednak zdecydowanie było dość kompetentnych osób, aby poradzić sobie z dzikimi mutacjami.
Przyjął swoją standardową pozycję do rzucania zaklęć. Twarz przyjęła marsowy wygląd, brwi ściągnęły się, usta wygięły się w arogancki, zdeterminowany wyraz. Nie będzie mu jakaś roślina psuła przyjęcia i biła jego towarzyszy, bez względu na to, jak bardzo wściekła. Dobrze, że nie było z nimi Samuela McGonagalla, jeszcze próbowałby walczyć o prawa obywatelskie dla tego monstrum.
Morpheus rzucał zaklęcia bojowe z tą samą manierą, z jaką walczył rapierem, jak zapalczywa żmija. Zamierzał spalić paskudztwo, celując w centrum rośliny, aby jak najszybciej ją zabić.
Akcja nieudana
Slaby sukces...