02.01.2023, 15:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2023, 07:19 przez Sauriel Rookwood.)
Instynkt był wielkim narzędziem. Jeszcze większe było to, że u człowieka ten instynkt gryzł (hehe, gryzł) się z logiką. Fernah była teraz tego doskonałym przykładem, a nawet więcej. Do tego dochodziły emocje i wręcz niepewność tego, co się robi. Instynkt mówił, by się bać. Robić powolne ruchy, by diabła nie zbudzić. Logika mówiła, że to bez sensu, że diabła trzeba egzorcyzmami chłostać, albo przynajmniej pójść po kogoś, kto na tych chłostach się zna. Emocje mówiły, że potrzebującym należy pomóc. Bo to przecież nie był czysty profesjonalizm. Ta wybuchowa mieszanka potrafiła doprowadzić do wariacji. Nagle nie wiesz, co robisz i dlaczego robisz. Nie jesteś pewien, czy postępujesz właściwie i czy na pewno lepiej jest działać, by komuś pomóc, skoro możesz przy tym sam stracić.
Poddany instynktowi z resztkami przebłysków ludzkości Sauriel miał o niebo łatwiej. Wiedział, czego nie robić. I wiedział, co zrobić bardzo chciał. Przecież to nie ta torebka była tu takim kuszącym elementem tylko ta stojąca kilka kroków dalej istota żywa. Nie było takiej ilości krwi, która całkowicie ugasiłaby pragnienie wampira. Można było je tylko ukoić, by nie zwariować. By nie zamienić się w zwierzę, bestię. Ta jednak trochę cichła. Chociaż na sekundę wychyliła się przy tym zatrzymaniu. Czarnowłosy postawił pół kroku do przodu. Stop. Czas i przestrzeń znowu zamarła, a czar wznowił działanie. Nawet kiedy wszystko wróciło do normy to prawda - powolność tych ruchów była prawdziwie bolesna. Ale eliksir działał szybko. Trochę uspakajał.
Kiedy było już krok od niego to ten krok wykonał, z niecierpliwością, by ją złapać i od razu zrobić kolejne dwa w tył. Oparł się ramieniem o szafkę, obracając do Fernah plecami, by zjechać w dół, do pozycji siedzącej. Trzęsły mu się ręce, kiedy próbował torebkę odkręcić, a w końcu po prostu odgryzł górę, żeby tylko krew dostała się do jego gardła. Powinna być obrzydliwa. Nie była. Przyszła z taką ulgą, że z zaciśniętych oczu potoczyły się łzy. Próbował wydusić z tej torebki ostatnią kropelkę. I chociaż ta krew była tak słodka, chociaż zimna i nie rozgrzewała żył, to nie zmieniało myśli. Obrzydliwe. Odszukanie ukojenia w krwi było obrzydliwe.
Otarł wierzchem dłoni policzki i oczy, pochylając się na moment do przodu. Nie mając siły ani ochoty stawać teraz przed zupełną nieznajomą po takim żałosnym pokazie. Pokręcił głową na jej pytanie. Jeszcze tego by brakowało - jego szalonej rodzinki w tym miejscu. Krzyków, że przynosi wstyd rodzinie, że takie sprawy da się załatwić z klasą, a nie kończąc na podłodze obok szkła. Podniósł się w końcu z ziemi i obrócił przodem do Fernah, zaciskając dłoń na brudnym już tylko po krwi opakowaniu. Czy on jej powiedział swoje imię? Czy on się jej przedstawił? Imieniem? Nazwiskiem też? Nie był pewien. Czuł się jak wynurzony z głębokiego delirium. A ona się przedstawiła?
- Nikomu o tym nie mów. Nigdy mnie tu nie było. - O tka, eliksir na pewno zaczął już działać. Aż sam słyszał, jak niemal radiowy stał się jego głos i że zamiast w ogóle teraz jej grozić, że zabije ją jak komuś powie, bla, bla, bla, to miał takie... pomogła, nie? Pomogła. Śmiał podejrzewać, że uratowała go przed zrobieniem w tym miejscu czegoś naprawdę głupiego i niebezpiecznego. Spojrzał na jej ubranie, patrząc, czy ma tam jakikolwiek identyfikator jej tożsamości. - Nie przyjdę tu więcej. - Obiecał, chociaż dla niej mogły to być zupełnie puste słowa. Tym nie mniej chciał, żeby wiedziała, że nie miał takiej intencji. Utrudniać życia komuś, kto mu pomógł. No, przynajmniej do pewnego stopnia. Zdawał sobie też sprawę, że kręcenie się po Mungu wcale nie było bezpieczne dla wampira.
Wyminął ją bezpiecznym łukiem. Powoli.
Uciekł.
Poddany instynktowi z resztkami przebłysków ludzkości Sauriel miał o niebo łatwiej. Wiedział, czego nie robić. I wiedział, co zrobić bardzo chciał. Przecież to nie ta torebka była tu takim kuszącym elementem tylko ta stojąca kilka kroków dalej istota żywa. Nie było takiej ilości krwi, która całkowicie ugasiłaby pragnienie wampira. Można było je tylko ukoić, by nie zwariować. By nie zamienić się w zwierzę, bestię. Ta jednak trochę cichła. Chociaż na sekundę wychyliła się przy tym zatrzymaniu. Czarnowłosy postawił pół kroku do przodu. Stop. Czas i przestrzeń znowu zamarła, a czar wznowił działanie. Nawet kiedy wszystko wróciło do normy to prawda - powolność tych ruchów była prawdziwie bolesna. Ale eliksir działał szybko. Trochę uspakajał.
Kiedy było już krok od niego to ten krok wykonał, z niecierpliwością, by ją złapać i od razu zrobić kolejne dwa w tył. Oparł się ramieniem o szafkę, obracając do Fernah plecami, by zjechać w dół, do pozycji siedzącej. Trzęsły mu się ręce, kiedy próbował torebkę odkręcić, a w końcu po prostu odgryzł górę, żeby tylko krew dostała się do jego gardła. Powinna być obrzydliwa. Nie była. Przyszła z taką ulgą, że z zaciśniętych oczu potoczyły się łzy. Próbował wydusić z tej torebki ostatnią kropelkę. I chociaż ta krew była tak słodka, chociaż zimna i nie rozgrzewała żył, to nie zmieniało myśli. Obrzydliwe. Odszukanie ukojenia w krwi było obrzydliwe.
Otarł wierzchem dłoni policzki i oczy, pochylając się na moment do przodu. Nie mając siły ani ochoty stawać teraz przed zupełną nieznajomą po takim żałosnym pokazie. Pokręcił głową na jej pytanie. Jeszcze tego by brakowało - jego szalonej rodzinki w tym miejscu. Krzyków, że przynosi wstyd rodzinie, że takie sprawy da się załatwić z klasą, a nie kończąc na podłodze obok szkła. Podniósł się w końcu z ziemi i obrócił przodem do Fernah, zaciskając dłoń na brudnym już tylko po krwi opakowaniu. Czy on jej powiedział swoje imię? Czy on się jej przedstawił? Imieniem? Nazwiskiem też? Nie był pewien. Czuł się jak wynurzony z głębokiego delirium. A ona się przedstawiła?
- Nikomu o tym nie mów. Nigdy mnie tu nie było. - O tka, eliksir na pewno zaczął już działać. Aż sam słyszał, jak niemal radiowy stał się jego głos i że zamiast w ogóle teraz jej grozić, że zabije ją jak komuś powie, bla, bla, bla, to miał takie... pomogła, nie? Pomogła. Śmiał podejrzewać, że uratowała go przed zrobieniem w tym miejscu czegoś naprawdę głupiego i niebezpiecznego. Spojrzał na jej ubranie, patrząc, czy ma tam jakikolwiek identyfikator jej tożsamości. - Nie przyjdę tu więcej. - Obiecał, chociaż dla niej mogły to być zupełnie puste słowa. Tym nie mniej chciał, żeby wiedziała, że nie miał takiej intencji. Utrudniać życia komuś, kto mu pomógł. No, przynajmniej do pewnego stopnia. Zdawał sobie też sprawę, że kręcenie się po Mungu wcale nie było bezpieczne dla wampira.
Wyminął ją bezpiecznym łukiem. Powoli.
Uciekł.
Koniec sesji
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.