09.06.2024, 17:47 ✶
Na usta cisnęła mi się krytyka, a jakże mogłoby być inaczej? Laurent przemykał w kierunku holu, wcale nie prezentując się dumnie. Powinien olśniewać, szczególnie że urodę miał nietypową, zwracającą na siebie uwagę, a uśmiechem mógł stopić każdego na tym weselu, nawet starą prukwę Black, która wciąż sądziła, że jest w stanie zorganizować wesele ćwierćwiecza. Cóż, nieistotna Black. Miałem na języku Laurenta...
Czy go tak wychowywałem? Nie. Czy chciałem, żeby zadawał się z pospólstwem? O brońże Matko Najdoskonalsza! Jedyne opcje, jakie wchodziły w grę, to imprezy charytatywne, ale to też w granicach dobrego, bogatego, właściwie to luksusowego smaku. Wszelkie ochłapy czy mętne wariacje nie obchodziły mnie, podobnie jak to, czemu Lorek skrada się, przemyka, ucieka niczym zbir z imprezy, bo to, że mnie unikał i że uciekał, to nie miałem jakichkolwiek wątpliwości ku temu. Ukrywałem skrzętnie, że bolące, raniące dogłębnie było to, iż sądziłem, że wszelkie niesnaski mieliśmy już za sobą, ale najwyraźniej tak się nie stało... Najwyraźniej to była jakaś gra z jego strony, zamiast szczera rozmowa z ojcem.
Ale w końcu duma ustąpiła trosce, szczególnie kiedy ujrzałem dokładny stan swojego syna, a też przy okazji miałem zaszczyt zwrócić jego uwagę na swoją osobę. Ton, cóż, zdecydowanie nietypowy jak na Lorka, zbyt pewny siebie, aczkolwiek jak najbardziej zachęcający do wysłuchania, co też wpakowało się do jego młodzieńczej głowy. Jakieś konkrety czy może dyrdymały? Coś ważnego... Miałem nadzieję, że faktycznie ważnego. Obawiałem się, że raczej mogło zakończyć się czymś rujnującym nasze relacje, ale zamierzałem przyjąć to z godnością, szczególnie że Laurent był pijany, a jako selkie miał bardzo słabą głowę.
- Doby wieczór, synu! Co też ważnego, wręcz bardzo ważnego, masz mi do przekazania? - zapytałem go niespiesznie, spokojnie, dając gestem dłoni znać Kevinowi, żeby się nie zbliżał, żeby dał nam chwilę na rozmowę. Położyłem dłonie na ramionach syna, mając zamiar go nieco onieśmielić, ale też osłonić przed gapiami. Musiałem również przyznać, że do twarzy było mu w czarnym. Elegancko, nieco mrocznie. Tak, jak wyglądałby mój wymarzony syn, niezłomny dziedzic Oka. Może jednak Lorek kiedyś do tego dorośnie?
Czy go tak wychowywałem? Nie. Czy chciałem, żeby zadawał się z pospólstwem? O brońże Matko Najdoskonalsza! Jedyne opcje, jakie wchodziły w grę, to imprezy charytatywne, ale to też w granicach dobrego, bogatego, właściwie to luksusowego smaku. Wszelkie ochłapy czy mętne wariacje nie obchodziły mnie, podobnie jak to, czemu Lorek skrada się, przemyka, ucieka niczym zbir z imprezy, bo to, że mnie unikał i że uciekał, to nie miałem jakichkolwiek wątpliwości ku temu. Ukrywałem skrzętnie, że bolące, raniące dogłębnie było to, iż sądziłem, że wszelkie niesnaski mieliśmy już za sobą, ale najwyraźniej tak się nie stało... Najwyraźniej to była jakaś gra z jego strony, zamiast szczera rozmowa z ojcem.
Ale w końcu duma ustąpiła trosce, szczególnie kiedy ujrzałem dokładny stan swojego syna, a też przy okazji miałem zaszczyt zwrócić jego uwagę na swoją osobę. Ton, cóż, zdecydowanie nietypowy jak na Lorka, zbyt pewny siebie, aczkolwiek jak najbardziej zachęcający do wysłuchania, co też wpakowało się do jego młodzieńczej głowy. Jakieś konkrety czy może dyrdymały? Coś ważnego... Miałem nadzieję, że faktycznie ważnego. Obawiałem się, że raczej mogło zakończyć się czymś rujnującym nasze relacje, ale zamierzałem przyjąć to z godnością, szczególnie że Laurent był pijany, a jako selkie miał bardzo słabą głowę.
- Doby wieczór, synu! Co też ważnego, wręcz bardzo ważnego, masz mi do przekazania? - zapytałem go niespiesznie, spokojnie, dając gestem dłoni znać Kevinowi, żeby się nie zbliżał, żeby dał nam chwilę na rozmowę. Położyłem dłonie na ramionach syna, mając zamiar go nieco onieśmielić, ale też osłonić przed gapiami. Musiałem również przyznać, że do twarzy było mu w czarnym. Elegancko, nieco mrocznie. Tak, jak wyglądałby mój wymarzony syn, niezłomny dziedzic Oka. Może jednak Lorek kiedyś do tego dorośnie?