09.06.2024, 18:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.06.2024, 10:57 przez Rodolphus Lestrange.)
Ciężko było powiedzieć, czy Rodolphus kogokolwiek lubił. Można było zauważyć, że wszystkich stara się traktować tak samo, chociaż na przestrzeni lat widać było, że mężczyzna odczuwa coś w rodzaju silnej przynależności do rodziny. Nie było to jednak widoczne na pierwszy rzut oka: ktoś mógłby powiedzieć, że traktował kuzynostwo niemal tak samo, jak obcych. Lecz gdyby ktoś postanowił drążyć, dopytywać, szybko okazałoby się, że więzy krwi były dla niego niezwykle ważne. Czy w innym przypadku zaproponowałby pomoc Victorii? Czy gdyby tak nie było, to czy chroniłby własnego brata, który dzisiaj nie pojawił się na weselu? Wszystko to jednak bledło, skrywane za kotarami tajemnic i słynnego powiedzenia to zostaje między nami. Anna miała w jego sercu specjalne miejsce, podobnie jak reszta Lestrange'ów, chociaż co złośliwsi mogliby powiedzieć, że Rodolphus nie posiada czegoś takiego jak serce.
- Przy tamtym stoliku podają takie, które nie dają żadnych dziwnych efektów - powiedział, zerkając w stronę jednego ze stołów. Nie umknął mu jej grymas, ale nie czuł potrzeby, żeby drążyć temat. Doskonale wiedział, że kobieta miała podobne odczucia co do tego całego zamieszania, co on sam. - Oprócz klasycznych, jak upośledzenie reakcji, mowy oraz zniszczenia komórek mózgowych.
Dodał, wzruszając ramionami. Co prawda nie był całkowitym abstynentem, ale każdy wiedział, że młody Lestrange bardzo rzadko sięgał po alkohol - a jeśli się na niego decydował, to w niewielkich ilościach. W jego oczach pojawiło się pytanie: od kiedy pijesz, Anno, więcej niż jeden łyk szampana dla pokazania ludziom, że dobrze się bawisz? Nie wypowiedział jednak tych słów na głos, czując że to nie czas i miejsce na tego typu rozmowy. Na kolejne jej słowa chciał coś odpowiedzieć, ale nie zdążył.
Na chwilę zamarł, czując jak tłusta, intensywnie pachnąca ciecz rozlewa się po całym jego ciele i skórze, wnikając w nitki materiału. Chwila ta trwała może sekundę, a może dwie? Ciężko było powiedzieć, bo Lestrange wstał tak gwałtownie, że krzesło upadło, zbyt brutalnie odsunięte od swojego właściciela.
- Czy w tych czasach tak ciężko patrzeć pod własne nogi?! - syknął, mrużąc oczy. Zacisnął szczęki, podobnie jak pięści. I tak się tu dobrze nie bawił, a ten incydent sprawił, że krew w jego żyłach zaczęła krążyć szybciej i szybciej. W przeciwieństwie do kelnera, któremu krew chyba odpłynęła z twarzy.
- Ja... przepraszam! Zaraz to usuniemy! - schylił się, żeby pozbierać potłuczone talerze. Ręce mu drżały, wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać, czego Rodolphus nie zauważył, bo wyjął swoją różdżkę i spróbował wyczyścić ten cały bałagan na sobie. Na materiale i ciele wciąż jednak pozostawały ślady, chociaż mniej widoczne.
- Ciekawe jak, skoro magia wydaje się nie działać na plamy? - zapytał chłodno, wykrzywiając twarz z wściekłości. Ja pierdolę, ostatnio prawie codziennie kończył z poplamionymi ubraniami. Zaczynał mieć już tego po dziurki w nosie. Krew, alkohol, a teraz zupa - i to pewnie niedobra, skoro taka tłusta. Co jeszcze ich czekało na tym weselu?
Rodolphus miał minę, jakby miał zamiar zaraz rzucić na kelnera wyjątkowo paskudne zaklęcie.
- Przy tamtym stoliku podają takie, które nie dają żadnych dziwnych efektów - powiedział, zerkając w stronę jednego ze stołów. Nie umknął mu jej grymas, ale nie czuł potrzeby, żeby drążyć temat. Doskonale wiedział, że kobieta miała podobne odczucia co do tego całego zamieszania, co on sam. - Oprócz klasycznych, jak upośledzenie reakcji, mowy oraz zniszczenia komórek mózgowych.
Dodał, wzruszając ramionami. Co prawda nie był całkowitym abstynentem, ale każdy wiedział, że młody Lestrange bardzo rzadko sięgał po alkohol - a jeśli się na niego decydował, to w niewielkich ilościach. W jego oczach pojawiło się pytanie: od kiedy pijesz, Anno, więcej niż jeden łyk szampana dla pokazania ludziom, że dobrze się bawisz? Nie wypowiedział jednak tych słów na głos, czując że to nie czas i miejsce na tego typu rozmowy. Na kolejne jej słowa chciał coś odpowiedzieć, ale nie zdążył.
Na chwilę zamarł, czując jak tłusta, intensywnie pachnąca ciecz rozlewa się po całym jego ciele i skórze, wnikając w nitki materiału. Chwila ta trwała może sekundę, a może dwie? Ciężko było powiedzieć, bo Lestrange wstał tak gwałtownie, że krzesło upadło, zbyt brutalnie odsunięte od swojego właściciela.
- Czy w tych czasach tak ciężko patrzeć pod własne nogi?! - syknął, mrużąc oczy. Zacisnął szczęki, podobnie jak pięści. I tak się tu dobrze nie bawił, a ten incydent sprawił, że krew w jego żyłach zaczęła krążyć szybciej i szybciej. W przeciwieństwie do kelnera, któremu krew chyba odpłynęła z twarzy.
- Ja... przepraszam! Zaraz to usuniemy! - schylił się, żeby pozbierać potłuczone talerze. Ręce mu drżały, wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać, czego Rodolphus nie zauważył, bo wyjął swoją różdżkę i spróbował wyczyścić ten cały bałagan na sobie. Na materiale i ciele wciąż jednak pozostawały ślady, chociaż mniej widoczne.
- Ciekawe jak, skoro magia wydaje się nie działać na plamy? - zapytał chłodno, wykrzywiając twarz z wściekłości. Ja pierdolę, ostatnio prawie codziennie kończył z poplamionymi ubraniami. Zaczynał mieć już tego po dziurki w nosie. Krew, alkohol, a teraz zupa - i to pewnie niedobra, skoro taka tłusta. Co jeszcze ich czekało na tym weselu?
Rodolphus miał minę, jakby miał zamiar zaraz rzucić na kelnera wyjątkowo paskudne zaklęcie.