09.06.2024, 19:19 ✶
Ciężko było zakwalifikować pierwsze z wyznań Lorka, gdyż nie były to konkrety ani też dyrdymały. Fakty! Fakty jak najbardziej mi znajome, bo kto inny obracał się w moim towarzystwie najwięcej czasu, jeśli nie ja sam? Co dzień widziałem się w lustrze, wielokrotnie zresztą, słyszałem siebie, oglądałem i podziwiałem również na licznych portretach. No bóstwo!
Co nie zmieniało faktu, że Lorek mnie zaskoczył, gdyż spodziewałem się jakiegoś ciężkiego oręża, a tu komplementy. Może jednak źle go oceniłem, w tym jego intencje podczas poprzedniej rozmowy. Najwyraźniej zamierzał zachować między nami pozytywne relacje. I dobrze. Preferowałem przyjmować komplementy. Mogłem się w nich wręcz kąpać.
- Nonsensownie nie może brzmieć coś, co jest zdecydowaną prawdą - zauważyłem beztrosko, wzruszając na pozór niewinnie ramionami. Ciężko było jednakże myśleć w tych kategoriach jako niewinnych, skoro pod podszewką miałem całą masę złamanych serc oraz kochanków - doszłych, niedoszłych. Trochę tego było, a Aydaya zawsze i na zawsze jedna. - Dziękuję, synu, za docenienie. Jak pewnie zdajesz sobie z tego sprawę, od dawna wiedziałem, że wyglądam doskonale, ale nie sądziłem, że przykuwam również twoje oko... To znaczy, że masz bardzo dobry gust, synu - zauważyłem nieskromnie i może nawet urosłem z centymetr...?
Cóż, mieliśmy jeszcze do omówienia wyznanie numer dwa, nieco trudniejsze, do którego podchodziłem z niemała hipokryzją... Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że jakieś dwa miesiące temu robiłem Pandorce awanturę o randkowanie, a w przypadku Laurenta przerażało mnie wręcz to, że zakochał się jedynie w jednej osobie. Szczególnie, że był nią tajemniczy brunet. Z pewnością łatwiej byłoby, gdyby miał więcej różnopłciowych kochanków, ale jeśli na szali pojawiało się zakochanie i to w brunecie, to zapewne oznaczało kolejną kłótnię, której nie zamierzałem przeprowadzać w tych warunkach. Jeszcze mnie Bogini Matka nie opuściła, by wynosić burdy rodzinne na wierzch przy obcych, więc uśmiechnąłem się niewinnie, może nieco protekcjonalnie.
- Brunet, powiadasz? Równie boski co my?! - zapytałem go dla podtrzymania rozmowy, ale też żeby nieco wypytać Lorka o szczegóły. Puściłem jedno z jego ramion, ale tylko dlatego by objąć go drugą ręką, zapraszająco na drobną przechadzkę. Mało elegancko, bardziej elokwentnie dla otoczenia, wolną dłoń włożyłem do kieszeni spodni. Czerwonych - intensywnie i głęboko. - Przejdźmy się. Czy to ten wspomniany brunet spowodował, że skusiłeś się na jednego drinka za dużo? - zapytałem, wcale nie oceniając. O dziwo! Bardziej tak troskliwie. Miałem aby nadzieję, że mi się Lorek nadmiernie nie rozklei, ale jak coś, to kominki mieliśmy w pobliżu. Kevin zresztą był również w gotowości do działania, ruszając kilka dobrych kroków za nami.
Co nie zmieniało faktu, że Lorek mnie zaskoczył, gdyż spodziewałem się jakiegoś ciężkiego oręża, a tu komplementy. Może jednak źle go oceniłem, w tym jego intencje podczas poprzedniej rozmowy. Najwyraźniej zamierzał zachować między nami pozytywne relacje. I dobrze. Preferowałem przyjmować komplementy. Mogłem się w nich wręcz kąpać.
- Nonsensownie nie może brzmieć coś, co jest zdecydowaną prawdą - zauważyłem beztrosko, wzruszając na pozór niewinnie ramionami. Ciężko było jednakże myśleć w tych kategoriach jako niewinnych, skoro pod podszewką miałem całą masę złamanych serc oraz kochanków - doszłych, niedoszłych. Trochę tego było, a Aydaya zawsze i na zawsze jedna. - Dziękuję, synu, za docenienie. Jak pewnie zdajesz sobie z tego sprawę, od dawna wiedziałem, że wyglądam doskonale, ale nie sądziłem, że przykuwam również twoje oko... To znaczy, że masz bardzo dobry gust, synu - zauważyłem nieskromnie i może nawet urosłem z centymetr...?
Cóż, mieliśmy jeszcze do omówienia wyznanie numer dwa, nieco trudniejsze, do którego podchodziłem z niemała hipokryzją... Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że jakieś dwa miesiące temu robiłem Pandorce awanturę o randkowanie, a w przypadku Laurenta przerażało mnie wręcz to, że zakochał się jedynie w jednej osobie. Szczególnie, że był nią tajemniczy brunet. Z pewnością łatwiej byłoby, gdyby miał więcej różnopłciowych kochanków, ale jeśli na szali pojawiało się zakochanie i to w brunecie, to zapewne oznaczało kolejną kłótnię, której nie zamierzałem przeprowadzać w tych warunkach. Jeszcze mnie Bogini Matka nie opuściła, by wynosić burdy rodzinne na wierzch przy obcych, więc uśmiechnąłem się niewinnie, może nieco protekcjonalnie.
- Brunet, powiadasz? Równie boski co my?! - zapytałem go dla podtrzymania rozmowy, ale też żeby nieco wypytać Lorka o szczegóły. Puściłem jedno z jego ramion, ale tylko dlatego by objąć go drugą ręką, zapraszająco na drobną przechadzkę. Mało elegancko, bardziej elokwentnie dla otoczenia, wolną dłoń włożyłem do kieszeni spodni. Czerwonych - intensywnie i głęboko. - Przejdźmy się. Czy to ten wspomniany brunet spowodował, że skusiłeś się na jednego drinka za dużo? - zapytałem, wcale nie oceniając. O dziwo! Bardziej tak troskliwie. Miałem aby nadzieję, że mi się Lorek nadmiernie nie rozklei, ale jak coś, to kominki mieliśmy w pobliżu. Kevin zresztą był również w gotowości do działania, ruszając kilka dobrych kroków za nami.