– Czyli żaden ze mnie wewnętrzny baran – ani owca na to wychodziło, więc cała ta teoria była o kant rzyci roztrzaskać. Akurat to, że kocie odgłosy pasowały do Sauriela, to zupełnie inna sprawa, ślepej kurze poszczęściło się ziarno, a przy okazji i Victorii też, bo miała okazję posłuchać tych słodkich odgłosów, które miała zamiar na dłużej zatrzymać w pamięci. – Co ty nie powiesz… – a jaki dumny z siebie był, kiedy mógł ją poprawiać, że kot, a nie małpa! Ohoho, proszę pana! Słodki kotek, wredna małpa, wszystko się jednak zgadzało, nawet jeśli sobie tutaj teraz żartowali i Victoria wcale nie brała tego na poważnie. Wiedziała jednak, że Sauriel potrafił być wredny dla ludzi… dla niej nie był, ale dynamika ich relacji była kompletnie inna od tych typowych znajomości, jakimi oboje się otaczali.
– Nie mów mi co mam robić, wolę koty – dzieci rodzić… A czy jej urodzone przez nią dzieci byłyby tak słodkie i puchate jak kotki? Nie byłyby. Poza tym nadal wisiało nad nią widmo Zimnych i to, że mogła umrzeć, jakże więc nieodpowiedzialnie byłoby zajść teraz w ciążę… o ile rzecz jasna w ogóle mogła w ciążę zajść – wcale nie była pewna, czy pobyt w Limbo czegoś w niej nie zmienił bardziej, mocniej. No i była też najważniejsza rzecz: wcale nie miała z kim tych dzieci robić, a nie była desperatką pragnącą dzieci tak bardzo, że potencjalny ojciec był jej obojętny. Musiała się więc zadowolić kotkami (i zupełnie jej to nie przeszkadzało). – Mleczko i kanapa się dla pana znajdą – zaśmiała się za to pod nosem, nie chcąc już robić wykładu o tym, że w sumie to mleko szkodzi kotom… pewnie sam to doskonale wiedział. Ale prawda była taka, że Sauriel miał klucz do domu Victorii i jakby tam przesiadywał całe dnie i noce, to wcale nie zostałby wyrzucony. Znając Victorię, to traktowałaby jego obecność jak coś całkowicie normalnego i oczywistego, tym bardziej, że ta kamienica nie była mała, miała też swoją piwnicę i grube zasłony, a poza tym, to Lestrange ciągle pracowała nad eliksirami dla wampirów…
Victoria otworzyła torebkę, żeby Sauriel mógł tam wrzucić tę paskudną świeczkę… których miała tam kilka, zdobycz pierwsza klasa, ale jeśli ktokolwiek miałby to docenić, to właśnie on. Dziwiła się tylko, że nie zapytał, czemu je w ogóle kupiła. Ona sama dojadała wafelek w drodze do straganu, jaki gdzieś tam wypatrzyli (chociaż głównie Sauriel).
A stanęło na tym, że było to stoisko kowenu. Tu akurat Victoria jeszcze nie była, nie żeby widziała wiele na samym kiermaszu… Gdy tam podeszli, Lestrange rzuciła szybko wzrokiem, ale zaraz spojrzała na to, co wskazywał jej Sauriel: książkę kucharską.
– Ostatnio coś tam próbuję… – powiedziała to nieco nieśmiało, bo chociaż wprawiona była w warzeniu eliksirów, to kompletnie nie czuła się pewnie jeśli chodzi o gotowanie. Całe życie nie musiala tego robić i teraz poruszała się trochę jak dziecko we mgle. Ale były tutaj dwie książki kucharskie, a druga o słodkościach… – Myślisz, ze tam jest przepis na czekoladę? Pamiętasz… – kiedyś się umówili, że wspólnie coś razem zrobią, a potem… Wszystko się rozsypało i tyle było z tej obietnicy. Ale może? Może te książki kucharskie to nie był znowu taki zły pomysł, a właśnie dobry start dla Victorii? Ale jej wzrok padł teraz nie na zakładki do książki, ale na te kolorowanki, które przeglądał Sauriel… i ciemnowłosa przekrzywiła głowę.
– Poproszę te dwie książki kucharskie – zwróciła się do kapłana i z pewnym zamyśleniem dodała jeszcze: – I weźmiemy też kolorowanki… – wcale oboje nie pomyśleli o tym, że Sauriel mógłby je kolorować… wcaaale. Ale jak widziała, jak te artystyczne sprawy go potrafiły pochłonąć (jak wycinanie krzesełek w ogórków… albo te wszystkie zdjęcia kotów) to tak sobie pomyślała, że kolorowanki w domu to nie taki zły znowu pomysł. Mogła zapłacić też za wszystko inne co chciałby kupić Sauriel, ale pewnie wolał to zrobić sam… o ile w ogóle miał jakąś na coś fantazje. Uśmiechnęła się jednak, prosząc o te trzy rzeczy.