Ciężko się porozumiewało, kiedy dwie osoby mimo wykazania chęci kontaktu na jakiejś równej płaszczyźnie miały w sobie te kły stworzone do gryzienia. Sauriel bardzo dosłowne, ale nie o nie teraz chodziło. Stroszył się i spinał, bo przecież ten kontakt nigdy nie był normalny. Komunikacja na poziomie spokojnej pogawędki równała się niemal z abstrakcją, ale czy w tym wypadku uważał Eryka za winnego? Byli siebie warci, a Sauriel dopiero teraz zdawał sobie sprawę, kiedy patrzył na marniejącego ojca, że może wygladałoby to wszystko zupełnie inaczej, gdyby Eryk nie miał ambicji wychować wspaniałego dziedzica swojej linii rodu, a Sauriel nie był rasowym kotem, który zwyczajnie musiał mieć swoje ścieżki. Nie ważne, czy coś było dla niego dobre, a może złe. Ważne, że było zrobione na przekór. Skręt na prawo może i był wygodniejszą drogą, ale i tak skręcił w lewo, bo to w prawo kazali mu iść. Rookwoodowie byli bardzo konserwatywną rodziną, a on się w tę konserwatywność wpasowywał tylko swoim oślim uporem. Kiedy taki osioł spotykał osła to ciężko było dojść do porozumienia.
Właściwie dopiero teraz, kiedy Eryk odpowiedział, dotarło do niego, że tak, to chyba miał być z jego strony komplement. Komplement, którego on nie wyłapał, a poza tym jak miałby na niego odpowiedzieć? Fajnie, dzięki? A może - "jasne, że tak!" Sauriel miał paskudny zwyczaj flirtowania z panienkami, bo sprawiało mu to frajdę, ale to był flirt niezobowiązujący, bo i do czego miałby chcieć zobowiązywać? Nie był zainteresowany związkami, bo jaki miały sens? Zresztą... gdyby miał tworzyć jakiś dziwny, popierdolony związek to z Victorią. Z nią zaś nie chciał, bo co by z tego było? Albo właśnie: nie było. Ludzie mieli swoje potrzeby fizyczne, których on nie chciał nawet za bardzo spełniać. Owszem, dotyk był przyjemny, ale dla niego był już tylko dotykiem nie zawierającym seksualnej przyjemności.
- Heh... - Lekko powędrował mu kącik ust ku górze. Zapił to kolejny shotem. Chociaż przez chwilę zrobiło mu się miło i cieplutko. Przez alkohol, a nie przez... no przecież nie przez ojca? - Ay... dobrze prawisz, staruszku... - Mruknął, myśląc o tych wszystkich ludziach z kijami w dupie... Victoria na początku też się taka wydawała. I dlatego się tak żarli ze sobą. - Nie ma takiego dnia, w którym napierdolenie się byłoby złe. - Odstawił kolejny pusty kieliszek, ale na razie zatrzymał mężczyznę przed dolaniem kolejnego. Już trochę nadrobił proces nietrzeźwości, wystarczy.
A może jednak nie wystarczy? Przygasł momentalnie, kiedy usłyszał o tym, że powodem struchlałości Anny jest nikt inny jak on sam. Nie. Mentalnie poklepał się po policzkach. Przecież nie mógł tak reagować i rezonować z tym, co Eryk sam krytykował - jakże nieszlachetnym samobiczowaniem się. On by jej nie skrzywdził... ciekawe. Ugryzł się jednak w język, bo właściwie nie miał ochoty psuć sobie humoru i obsypywać się teraz gównem, kto kogo bardziej skrzywdził.
- Niezła próba zrzucenia odpowiedzialności. - To mu musiał przyznać, ale nie pociągnął już tematu. Nie chciał się zacząć użalać nad tym wszystkim. I dobrze, bo temat szybko przeszedł na coś milszego, co wykrzywiło wargi Sauriela w aroganckim uśmieszku.
- Nie znasz dnia ani godziny. - Prychnął, ale nie złośliwie, tylko z rozbawieniem. - O tak, jestem na misji. Misji zrobienia zdjęć wszystkim puchatym kotkom i puchatym pieskom. I wiewiórkom. Wiesz, ile wiewiórek jest w parkach? Pojebane. - Wyciągnął sobie fajkę i zapalił. - Wiesz, na urodziny dostaje się prezenty. To ona mi dała prezent urodzinowy WCZEŚNIEJ, żeby... żebym się czymś zajął. - Bo ostatnio nie miał jakoś serca do gitary, a jego czas to był marazm leżenia w bezruchu, tak fantastycznie się to prezentowało. - Poza tym... - Zerknął na prawo, na lewo, czy barman był zajęty. - Otworzyłem melinę w Podziemnych Ścieżkach. Całkiem zabawnie jest. - Można prać ludzi po mordach i jeszcze ci przyklasną. Nie dodał, że ze Stanleyem i w sumie to Stanley otworzył, bo gość był jakby poszukiwany listem gończym. Lepiej nie zapeszać.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.