11.06.2024, 01:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.06.2024, 07:10 przez Anthony Shafiq.)
Południowe stragany – Biżuteria Vioricy
– Smoki spod lady? Jak Ty mnie doskonale znasz! – Szeroki uśmiech błysnął na twarzy złodzieja polityka, którego część kolekcji zawdzięczała swoje istnienie w pieleszach Little Hangleton dzięki wielu talentom Viorici Zamfir. Tych jubilerskich... i tych drugich. Stalowe oczy ześlizgnęły się po pokerowej twarzy wybornej zawodniczki, słuchał z niemałą przyjemnością jakże poprawnej odpowiedzi, tak perfekcyjnie pozbawionej indywidualnego sznytu, niepotrzebnego spoufalania się. Ale to dobrze. Byli przecież tylko klientami. Jednymi z wielu tego dnia. Nie mógł nie przyznać – lubił w niej to, jak potrafi trzymać przy sobie wszystkie karty, do tego stopnia, że prędzej podejrzewałoby się ją o grę w kości czy szachy. Nawet jeśli wcześniej nie mieli w ogóle kontaktu, nawet jeśli dopiero ostatnie zlecenie zamówienie było zrobione bezpośrednio dla niego. Lubił profesjonalistów.
– Jeśli miałbym cokolwiek zamówić, to monetę z datą i mm... kłosem i świecą może... – Na moment się wyprostował w zamyśleniu i odetchnął głęboko, choć to może nie był najlepszy pomysł, czasem zapach zdecydowanie nie wspierał procesów myślowych. Odchylił więc głowę uciekając spojrzeniem ku pochmurnemu niebu, drapiąc się przez moment po szyi w geście dość swobodnym jak na - było nie było - publiczne się pokazanie. Nie myślał o tym wcześniej, wszak jego robiony na zamówienie bilon był ściśle związany z miejscami poza Anglią, z podróżami, które wypełniały kiedyś jego kalendarz. Na krótki moment powrócił wzrokiem ku nieco chmurnemu obliczu swego towarzysza, choć akurat ten widok szybko łagodził jego rysy i w sumie pomógł podjąć decyzję. Czyż to też nie był rodzaj podróży? – Tak. Rozmiar standardowego galeona, ale o odpowiednim awersie i rewersie. Przyślę kogoś po odbiór w tygodniu – Gdzieś w pamięci utrwalił sobie, że jeszcze trzeba będzie zlecić wykonanie większego pudełka. Albo zupełnie nowego pudełka?
Z rozważań wyrwał go Erik pokazujący sygnety.
– Zdarza mi się je nosić, zwykle jednak ograniczam się do tego zawodowego, wiesz... tego którego mam na małym palcu z insygniami mojego Departamentu – Złocisty pierścionek miał co prawda swoją tajemnicę, choć nie była to akurat trucizna. Anthony nie miał go jednak dzisiaj przy sobie, w końcu nie reprezentował urzędu, a zajmował się budowaniem własnej marki w świadomości ludzi, którzy nie bywali na salonach. Sygnet wybrany przez Erika, był trochę podejrzany przez wzgląd na kolor, choć mimo wszystko Anthony zakładał, że jego towarzysz nie sugerowałby mu różowej błyskotki. Wzór był symetryczny, co momentalnie czyniło go ładnym w oczach kogoś kto cenił harmonię i właściwe proporcje. Skupił się na moment na nim, żeby nie próbować czytać intencji z twarzy pytającego. – ... ale kastet? – Niemal jęknął. Już na prawdę wystarczyło Anthony'emu upokorzeń w związku z tym jak wybornie radził sobie ze szpadą – To chyba ja powinienem pytać Ciebie, dlaczego zwykle nie masz dłoni ciężkiej od stali, skoro rozwiązania siłowe są pożądane nawet nie "po", ale "w trakcie" Twojej zmiany w Ministerstwie? – Uniósł brwi pytająco odwracając się w końcu ku drugiemu mężczyźnie. Wiadomo, funkcjonariusze magicznej policji mieli różdżki, ale wiedział, że Erik nie utrzymywał swojego ciała w takim stanie tylko dla własnej próżności. Umiejętność walki nawet magicznej wymagała również sprawności i bezpośredniego zadawania fizycznego bólu. Wzrokiem na moment ześlizgnął się do dłoni, która teraz tak niewinnie przemieszczała się nad ekspozycją. Zdecydowanie nie chciałby znaleźć się na jej trajektorii ciosu, bez względu na to czy byłaby zaopatrzona w odpowiednio ułożone sygnety, czy nie.
– Wiesz... – podjął znów, skupiając ponownie wzrok na błyskotkach, choć to nie brosze były mu obecnie w głowie, – często uciekałem w różne wymówki, ale ostatnio mi się to szalenie nie sprawdza. Może po prostu uznajmy talent panny Zamfir do robienia pięknych sygnetów i wybierzmy sobie po jednym, co Ty na to? – zawiesił w powietrzu propozycję, pozwalając sobie na absolutnie niewinny uśmiech, mimo, że w oczach tańczyły iskierki rozbawienia. Palcami wolnej ręki drobił tuż nad górną wargą, by przypadkiem nie powiedzieć słowa więcej. A było to prawdziwe wyzwanie.
– Jeśli miałbym cokolwiek zamówić, to monetę z datą i mm... kłosem i świecą może... – Na moment się wyprostował w zamyśleniu i odetchnął głęboko, choć to może nie był najlepszy pomysł, czasem zapach zdecydowanie nie wspierał procesów myślowych. Odchylił więc głowę uciekając spojrzeniem ku pochmurnemu niebu, drapiąc się przez moment po szyi w geście dość swobodnym jak na - było nie było - publiczne się pokazanie. Nie myślał o tym wcześniej, wszak jego robiony na zamówienie bilon był ściśle związany z miejscami poza Anglią, z podróżami, które wypełniały kiedyś jego kalendarz. Na krótki moment powrócił wzrokiem ku nieco chmurnemu obliczu swego towarzysza, choć akurat ten widok szybko łagodził jego rysy i w sumie pomógł podjąć decyzję. Czyż to też nie był rodzaj podróży? – Tak. Rozmiar standardowego galeona, ale o odpowiednim awersie i rewersie. Przyślę kogoś po odbiór w tygodniu – Gdzieś w pamięci utrwalił sobie, że jeszcze trzeba będzie zlecić wykonanie większego pudełka. Albo zupełnie nowego pudełka?
Z rozważań wyrwał go Erik pokazujący sygnety.
– Zdarza mi się je nosić, zwykle jednak ograniczam się do tego zawodowego, wiesz... tego którego mam na małym palcu z insygniami mojego Departamentu – Złocisty pierścionek miał co prawda swoją tajemnicę, choć nie była to akurat trucizna. Anthony nie miał go jednak dzisiaj przy sobie, w końcu nie reprezentował urzędu, a zajmował się budowaniem własnej marki w świadomości ludzi, którzy nie bywali na salonach. Sygnet wybrany przez Erika, był trochę podejrzany przez wzgląd na kolor, choć mimo wszystko Anthony zakładał, że jego towarzysz nie sugerowałby mu różowej błyskotki. Wzór był symetryczny, co momentalnie czyniło go ładnym w oczach kogoś kto cenił harmonię i właściwe proporcje. Skupił się na moment na nim, żeby nie próbować czytać intencji z twarzy pytającego. – ... ale kastet? – Niemal jęknął. Już na prawdę wystarczyło Anthony'emu upokorzeń w związku z tym jak wybornie radził sobie ze szpadą – To chyba ja powinienem pytać Ciebie, dlaczego zwykle nie masz dłoni ciężkiej od stali, skoro rozwiązania siłowe są pożądane nawet nie "po", ale "w trakcie" Twojej zmiany w Ministerstwie? – Uniósł brwi pytająco odwracając się w końcu ku drugiemu mężczyźnie. Wiadomo, funkcjonariusze magicznej policji mieli różdżki, ale wiedział, że Erik nie utrzymywał swojego ciała w takim stanie tylko dla własnej próżności. Umiejętność walki nawet magicznej wymagała również sprawności i bezpośredniego zadawania fizycznego bólu. Wzrokiem na moment ześlizgnął się do dłoni, która teraz tak niewinnie przemieszczała się nad ekspozycją. Zdecydowanie nie chciałby znaleźć się na jej trajektorii ciosu, bez względu na to czy byłaby zaopatrzona w odpowiednio ułożone sygnety, czy nie.
– Wiesz... – podjął znów, skupiając ponownie wzrok na błyskotkach, choć to nie brosze były mu obecnie w głowie, – często uciekałem w różne wymówki, ale ostatnio mi się to szalenie nie sprawdza. Może po prostu uznajmy talent panny Zamfir do robienia pięknych sygnetów i wybierzmy sobie po jednym, co Ty na to? – zawiesił w powietrzu propozycję, pozwalając sobie na absolutnie niewinny uśmiech, mimo, że w oczach tańczyły iskierki rozbawienia. Palcami wolnej ręki drobił tuż nad górną wargą, by przypadkiem nie powiedzieć słowa więcej. A było to prawdziwe wyzwanie.