Odmawianie Agnès Delacour, było jednym z tych zadań, które można określić czymś na kształt misji niemożliwej. A przynajmniej w ten właśnie sposób postrzegała to Celine. Nigdy bowiem nie przychodziło jej to z łatwością - tak przed laty, jak i w chwili obecnej. Wystarczyło tylko, żeby ciotka zrobiła te swoje oczy, smutną minkę, okazała odczuwane rozczarowanie... i blondynka zaraz miękła. Poddawała się, zarazem zgadzając na wszystko. Włącznie z tym, co w innym przypadku mogłaby uznać nawet i za największą głupotę.
Całe szczęście, odwiedzenie kiermaszu zorganizowanego z okazji Lammas, taką głupotą nie było. Albo przynajmniej nie wydawało się być.
Ubrana w prostą, żółtą sukienkę, ze starannie upiętymi włosami, nie wyglądała jak ta kobieta, której twarz niejednokrotnie zdobiła okładki gazet. Duży wpływ na to miał ponadto brak na ogół prawdziwie wyrazistego, zdaniem niektórych wręcz krzykliwego makijażu. Nie to, że Delacour za nim nie przepadała, ale w chwilach takich jak ta obecna, niekoniecznie uważała, aby był on odpowiedni.
Potrzebny jej do szczęścia.
Poza tym, te pozornie drobne zmiany niejednokrotnie pomagały uniknąć zwracania na swoją osobę nadmiernej uwagi. Pozwalały zaczerpnąć powietrza. I cieszyć się życiem.
- Jakiś Ty miły, Matthias. - skomplementowała kuzyna, zajmując odsunięte przez niego krzesło, następnie zerkając na skromne menu. Strefa gastronomiczna niestety nie miała w ofercie tego, do czego Celine była przyzwyczajona. - Aczkolwiek myślę, że ograniczę się tylko do... - przestudiowała niewielką listę win, a następnie przeszła do innych napojów. - ...może wody? Albo jakiegoś soku z kostkami lodu. - podjąwszy decyzje, cicho westchnęła. Nie to, żeby była zniechęcona. Ona po prostu od tego typu miejsc już dawno temu zdołała się odzwyczaić. I teraz, kiedy nagle się tu znalazła, przy czym niekoniecznie był to jej własny pomysł, nie do końca była w stanie się tutaj należycie odnaleźć. Przychodziło to blondynce z pewnym trudem.
Trudem widocznym dla kogoś, kto poświęciłby jej nieco więcej uwagi.