A następnie: południowe stragany – Magiczne różności
– Mają tępy wzrok. To przez te ich źrenice, są prostokątne – czy były głupie… Na pewno nie były przesadnie mądre, ale aż takie ptasie móżdżki to nie były. Na pewno jednak nie chciała być nazywana baranem, bo jak się tak o kimś mówiło, to nie miewało się niczego pozytywnego na myśli… – Dzięki… – dodała, trochę skonsternowana tym nagłym stwierdzeniem, że nie, jednak baran ani owca nie pasują. Na pewien sposób było to miłe, że Sauriel to przyznał na głos, z drugiej jednak strony – był to niezwykle dziwacznie skonstruowany, ee… komplement, na który Victoria nie była do końca pewna, jak powinna zareagować, ani nie była przygotowana, że go w ogóle usłyszy.
Byli siebie warci. Kolorowanki i książki kucharskie, najbardziej losowe rzeczy, jakie mogły kupić na kiermaszu takie osoby jak ta dwójka. Ani Victoria nie wyglądała na damę, która miałaby stać nad garami w kuchni, ani groźny wampir z podejrzaną aurą nie wyglądał jak gość, który miałby siedzieć z kredkami i kolorować w spokoju i dla odprężenia. Tak, jedna miała być właśnie dla Sauriela, skończyło się wiec na dwóch tomikach kolorowanek i dwóch książkach kucharskich… i dwóch koszulkach, na które Victoria patrzyła z uniesioną brwią, bardzo pytająco, na moment tylko zerkając na kalendarz z kapłanami… Przekartkowała go, ale ostatecznie się nie zdecydowała na panów w habicie na każdy miesiąc roku i po prostu wyłożyła swoje pieniądze, pozwalając, by Sauriel mógł się dorzucić też ze swoich – nie chciała wszak ujmować jego męskiej dumie samca, który przecież potrafi zdobyć pieniądze dla siebie i na swoje potrzeby (chociaż jej to nie tyle imponowało, co zwyczajnie nie zwracała na to nadmiernej uwagi, skoro dama miała hajsu jak lodu, to czy facet miał swój dochód i forsę, dla niej przynajmniej nie przesądzało o żadnej atrakcyjności czy jej braku).
– To w sumie miłe z twojej strony – że w ogóle pomyślał o Stanleyu, żeby coś mu kupić i przynieść… Victoria na ten przykład nawet nie pamiętała, kiedy ostatnio coś od kogoś dostała – może dlatego, że to było tak dawno… Jakaż szkoda, że Stanley nie poinformował swojego przyjaciela, że się tutaj dzisiaj zjawi i że nawet ma na to plan kurwa sprytny… – Jasne, może być tam – stwierdziła i pożegnała się z kapłanem skinieniem głowy.
Przecisnęli się z Saurielem do kolejnego straganu, ten jednak nie znajdował się wcale daleko. Gdy podeszli, Victoria po prostu spoglądała na asortyment – najpewniej rękodzieła, te wszystkie biżuterie i inne akcesoria, a nawet drobne mebelki… Wzok Victorii na moment tylko prześlizgnął się na fiolki z eliksirami, te jednak nie bardzo ją zainteresowały. Na moment odchyliła wieko koszyka, by zerknąć, jak się ma Kwiatuszek i czy wszystko jest w porządku, ale najwyraźniej było, bo kot nadal leżał zwinięty w kłębuszek i tylko podniósł na Victorię łebek.