12.06.2024, 19:42 ✶
Nie mieli wspólnych rodziców, ich narodziny dzieliła ponad dekada, różnili się płcią, ale można było powiedzieć, że byli do siebie niezwykle podobni.
Annie stawiała swoją rodzinę ponad wszystkie możliwe istnienia świata, wiedząc, że tak naprawdę tylko oni mogli liczy na to, że pomoże im w każdej możliwej dziedzinie życia, potrafiąc w tym celu przejść po nie jednym czy dwóch trupach. Pozostali? Cóż, miała swoją rolę do odegrania w tym życiu i z wielu względów nie chciała jej porzucać. Jako żona celebryty musiała nauczyć się żyć tak, by wszelkie szmatławce nie mogły zniszczyć ich życia, które musiało prezentować się idealnie na kartach gazet.
Miała więc nienaganne maniery, umiała uśmiechnąć do osób, których wcale nie lubiła, angażowała się społecznie, w pracy zaś stawiała na pełen profesjonalizm.
W środku zaś wcale nie miała na to wszystko ochoty.
I robiła to wszystko dla dobrego imienia Lestrange'ów, a później Dolohovów.
Czasami miała już po prostu dość tej gierki, w którą grała całymi latami.
A jednak, nie mogła nikogo zawieść.
Zamiast tego więc angażowała się bardziej, zamiatając pod dywan i rozwiązując problemy innych z rodzeństwa. Wszystko dla zachowania ich miejsca w świecie czarodziejów.
Była jednak tylko człowiekiem. Który czasem miał głupie myśli.
Westchnęła, czując, że Rudolphus ma rację.
- Myślisz, że mają w tej posiadłości jakąś dobrą mieszankę herbat? Możliwe, że odwiedzisz mnie od złego, choć utrata tych kilku neuronów wcale nie brzmi po namyśle tak źle - potarła skroń, czując na sobie te oceniające spojrzenie.
Może wtedy wpasowałby się w końcu do reszty swojego rodzeństwa i przestała się wszystkim martwić.
Na przykład tym, że ten rosół nie chciał zniknąć z jej skóry.
Zmarszczyła brwi, widząc nieprzyjemnie wyglądające tłuste plamy, które zdecydowanie popsuły jej wcześniejsze starania, by wyglądać na tym weselu dobrze. Co nie było wcale takie łatwe, gdy miało się skórę jak papier, a para młoda zdecydowała się na dress-code, który jeszcze to podkreślał.
Zacisnęła szczękę i spojrzała wściekle na kelnera, który starał się naprawić szkody po swoim poprzedniku.
- Zapewniam, że ten incydent nie zostanie zapomniany - rzuciła sucho, pocierając jedną z plam, która zaczęła ją lekko swędzieć. Po jej minie można było wnioskować, że oficjalna skarga to najmniej, na co miała ochotę, musiała jednak się hamować.
Spojrzała na swój dekolt, czując znów irytujące zdrapania, by nagle zblednąć jeszcze bardziej, niż dotychczas.
Z plam zaczęły wyrastać… pióra. W jej wypadku białe, nie, o lekko kremowej barwie.
Zatrzymała się kompletnie w szoku, patrząc na to, jak pierze pokrywa także jej ręce, sprawiając, że wyglądała co najmniej idiotycznie. Zagotowało się w niej. Spojrzała na Rorolphusa, którego spotkał podobny los i przeniosła wściekłe spojrzenie na kelnera.
- Co to ma znaczyć? Nie dość, że zostaliśmy oblani przez niekompetentnego członka obsługi, to jeszcze ten rosół był czymś naszprycowany? Chcę natychmiast się widzieć z osobą, która za was odpowiada. Teraz - syknęła, musząc mocno panować nad sobą i tym, by nie sięgnąć po różdżkę. Najchętniej zamieniłaby winowajcę w kurczaka i wypuściła wśród głodnych psów, wiedziała jednak, że ktoś miałby pewne obiekcje. Może nawet Pan Młody o miękkim sercu.
Annie stawiała swoją rodzinę ponad wszystkie możliwe istnienia świata, wiedząc, że tak naprawdę tylko oni mogli liczy na to, że pomoże im w każdej możliwej dziedzinie życia, potrafiąc w tym celu przejść po nie jednym czy dwóch trupach. Pozostali? Cóż, miała swoją rolę do odegrania w tym życiu i z wielu względów nie chciała jej porzucać. Jako żona celebryty musiała nauczyć się żyć tak, by wszelkie szmatławce nie mogły zniszczyć ich życia, które musiało prezentować się idealnie na kartach gazet.
Miała więc nienaganne maniery, umiała uśmiechnąć do osób, których wcale nie lubiła, angażowała się społecznie, w pracy zaś stawiała na pełen profesjonalizm.
W środku zaś wcale nie miała na to wszystko ochoty.
I robiła to wszystko dla dobrego imienia Lestrange'ów, a później Dolohovów.
Czasami miała już po prostu dość tej gierki, w którą grała całymi latami.
A jednak, nie mogła nikogo zawieść.
Zamiast tego więc angażowała się bardziej, zamiatając pod dywan i rozwiązując problemy innych z rodzeństwa. Wszystko dla zachowania ich miejsca w świecie czarodziejów.
Była jednak tylko człowiekiem. Który czasem miał głupie myśli.
Westchnęła, czując, że Rudolphus ma rację.
- Myślisz, że mają w tej posiadłości jakąś dobrą mieszankę herbat? Możliwe, że odwiedzisz mnie od złego, choć utrata tych kilku neuronów wcale nie brzmi po namyśle tak źle - potarła skroń, czując na sobie te oceniające spojrzenie.
Może wtedy wpasowałby się w końcu do reszty swojego rodzeństwa i przestała się wszystkim martwić.
Na przykład tym, że ten rosół nie chciał zniknąć z jej skóry.
Zmarszczyła brwi, widząc nieprzyjemnie wyglądające tłuste plamy, które zdecydowanie popsuły jej wcześniejsze starania, by wyglądać na tym weselu dobrze. Co nie było wcale takie łatwe, gdy miało się skórę jak papier, a para młoda zdecydowała się na dress-code, który jeszcze to podkreślał.
Zacisnęła szczękę i spojrzała wściekle na kelnera, który starał się naprawić szkody po swoim poprzedniku.
- Zapewniam, że ten incydent nie zostanie zapomniany - rzuciła sucho, pocierając jedną z plam, która zaczęła ją lekko swędzieć. Po jej minie można było wnioskować, że oficjalna skarga to najmniej, na co miała ochotę, musiała jednak się hamować.
Spojrzała na swój dekolt, czując znów irytujące zdrapania, by nagle zblednąć jeszcze bardziej, niż dotychczas.
Z plam zaczęły wyrastać… pióra. W jej wypadku białe, nie, o lekko kremowej barwie.
Zatrzymała się kompletnie w szoku, patrząc na to, jak pierze pokrywa także jej ręce, sprawiając, że wyglądała co najmniej idiotycznie. Zagotowało się w niej. Spojrzała na Rorolphusa, którego spotkał podobny los i przeniosła wściekłe spojrzenie na kelnera.
- Co to ma znaczyć? Nie dość, że zostaliśmy oblani przez niekompetentnego członka obsługi, to jeszcze ten rosół był czymś naszprycowany? Chcę natychmiast się widzieć z osobą, która za was odpowiada. Teraz - syknęła, musząc mocno panować nad sobą i tym, by nie sięgnąć po różdżkę. Najchętniej zamieniłaby winowajcę w kurczaka i wypuściła wśród głodnych psów, wiedziała jednak, że ktoś miałby pewne obiekcje. Może nawet Pan Młody o miękkim sercu.