03.01.2023, 22:15 ✶
On? Dla niej? Konkurencją? Przecież nie. Smak Lycoris był niepoliczalny, jak nieobliczalny był jej charakter. Spotkania z nią były jak wypływ tratwą na pełne morze. Niby widzisz, że pogoda dzisiaj sprzyja, ale tylko doświadczeni marynarze wiedzieli, jak złudna to była prognoza. Że ocean był kapryśny jak kobieta. A z całym swoim usposobieniem, sposobem noszenia się i humorem godnym mężczyzn, by obrzucać się wzajemnie tym gównem (z dodatkiem płatków róż) niewątpliwie Lycoris kobietą była. Jedyną w swoim rodzaju. Jak to było... ach tak! Special Snowflake. I nic nie trzymało się kupy w stosunku (hehe) do tego, że oni się trzymali. W kupie. Raz na wozie, raz pod wozem, a w ich wypadku to bardziej oni toczyli wóz, zmieniając się tymi pozycjami nieustannie.
Nie, nie mógł być dla niej konkurencją. I tak, jak jej nienawidził, tak nieustannie go ta kobieta fascynowała. Może właśnie w tym, że jej nie znosił. A jednocześnie czuł do niej taki pociąg. Nie mógł odlepić od niej oczu. Nie mógł się od niej uwolnić. Czy ona też tak odczuwała? I jej spojrzenia - też tak na niego patrzyła? Nigdy jej o to nie zapytał. Wątpił też, że zapyta w ogóle o to kiedykolwiek. Cisza między nimi była burzą, która brzmiała w posadach. A pomruk burzy na oceanie zwiastował sztorm. Jak daleko można dopłynąć zwykłą tratwą, kiedy sztorm pochłaniał cię całego? Tkwiła magia splotów przeznaczenia w osobistościach, koło których nie dało się przejść obojętnie. Być może gdyby była mężczyzną patrzyłby na nią inaczej. Nie jak na ocean, którego nie chce się pętać i próbować oswoić - bo to przecież bezcelowe. Chociaż..? Widział piękno zazwyczaj tam, gdzie zwodziły zmysły mgły poranka jak i tam, gdzie klarowność zimowego powietrza nasycała wrażeniem życia. Lycoris nie była czysta, ooj nie. To, jakie życie prowadziła należało do jednych z tych pytań, których pewnie jej nie zada. Jednakże: nigdy nie mów nigdy.
Gdyby mógł, pozbierałby brylanty z nieba. Ach nie... To przecież były aż jej oczy.
Gdyby mógł...
To, co mógł, a nawet MUSIAŁ teraz to oderwanie od niej wzroku - od tych brylantów, które obiecywały mu długie noce, pokusę i chciały udowodnić, że kto jak to, ale to ONA ma tutaj moc obracania panów wokół siebie. I dobrze. Gdyby jej nie miała, nie zaprosiłby jej tutaj dzisiaj - by chcąc nie chcąc wplątać ją w największą polityczną zawieruchę ich czasów. A kiedy się dowie - z pewnością nie będzie zadowolona.
Sauriel wstał ze swojego miejsca, kiedy rozmowa zawrzała. Kiedy oczy mężczyzny należały już tylko do niej. Mogłaby sobie je wydłubać łyżeczką od kawy, którą pił właśnie zamiast alkoholu. Albo to nie była kawa? Mniejsza. W zasadzie to dobrze by się bawił po prostu obserwując. Siedząc i obserwując ich taniec. To, jak urabia go tylko i wyłącznie dla zabawy. I wiedział, że tak samo mogła się bawić nim, ale to nic. W końcu tak samo on bawił się nią. Może dlatego ta toksyczna relacja tak dobrze się miała. Poprawił swoją kurtkę i wziął szklankę. Wtopił się w otoczenie. Niby po prostu przechodząc, niby robiąc delikatne kroki, a on po prostu szedł. Cicho, jak Kot. Kot, który nawet nie wiesz kiedy przebiega ci między nogami i już jest na dworze, chociaż nie chciałeś go nawet wypuszczać. Jak to działało? Chyba nikt nie wiedział. Rookwoodowie już tak po prostu mieli. Wziął jego torbę. Torbę, w której liczył, że te dokumenty naprawdę będą. Zastanawiał się natomiast, czy jeśli znikną - Lycoris zostanie oskarżona? To by dopiero była heca. Poszedł kawałek dalej, do baru. Przejrzał na spokojnie teczki, szukając tej konkretnej. Była tam. Nie zajmował się teraz czytaniem jej, przeglądaniem zawartości. Schował ją do magicznej kieszeni. I zrobił nawrót, czekając na odpowiedni moment, żeby oddać mu tę torbę, jak gdyby nigdy nic. Może dobrze, bo chyba był to też czas, w którym musiał powiedzieć - przegrałem zakład. Chociaż, szczerze mówiąc, nie spodziewał się, że mimo wszystko mężczyzna od razu padnie jej do stóp. Albo że to w ogóle wyjdzie. Nawet jakby się nie ślinił, to chodziło o jedno - żeby mężczyzna skupił się na czymś innym. I żeby mógł swobodnie działać.
Sauriel wrócił na swoje miejsce i przy okazji przyniósł im nowe drineczki - miodową whisky z odrobiną cytryny.
Nie, nie mógł być dla niej konkurencją. I tak, jak jej nienawidził, tak nieustannie go ta kobieta fascynowała. Może właśnie w tym, że jej nie znosił. A jednocześnie czuł do niej taki pociąg. Nie mógł odlepić od niej oczu. Nie mógł się od niej uwolnić. Czy ona też tak odczuwała? I jej spojrzenia - też tak na niego patrzyła? Nigdy jej o to nie zapytał. Wątpił też, że zapyta w ogóle o to kiedykolwiek. Cisza między nimi była burzą, która brzmiała w posadach. A pomruk burzy na oceanie zwiastował sztorm. Jak daleko można dopłynąć zwykłą tratwą, kiedy sztorm pochłaniał cię całego? Tkwiła magia splotów przeznaczenia w osobistościach, koło których nie dało się przejść obojętnie. Być może gdyby była mężczyzną patrzyłby na nią inaczej. Nie jak na ocean, którego nie chce się pętać i próbować oswoić - bo to przecież bezcelowe. Chociaż..? Widział piękno zazwyczaj tam, gdzie zwodziły zmysły mgły poranka jak i tam, gdzie klarowność zimowego powietrza nasycała wrażeniem życia. Lycoris nie była czysta, ooj nie. To, jakie życie prowadziła należało do jednych z tych pytań, których pewnie jej nie zada. Jednakże: nigdy nie mów nigdy.
Gdyby mógł, pozbierałby brylanty z nieba. Ach nie... To przecież były aż jej oczy.
Gdyby mógł...
To, co mógł, a nawet MUSIAŁ teraz to oderwanie od niej wzroku - od tych brylantów, które obiecywały mu długie noce, pokusę i chciały udowodnić, że kto jak to, ale to ONA ma tutaj moc obracania panów wokół siebie. I dobrze. Gdyby jej nie miała, nie zaprosiłby jej tutaj dzisiaj - by chcąc nie chcąc wplątać ją w największą polityczną zawieruchę ich czasów. A kiedy się dowie - z pewnością nie będzie zadowolona.
Sauriel wstał ze swojego miejsca, kiedy rozmowa zawrzała. Kiedy oczy mężczyzny należały już tylko do niej. Mogłaby sobie je wydłubać łyżeczką od kawy, którą pił właśnie zamiast alkoholu. Albo to nie była kawa? Mniejsza. W zasadzie to dobrze by się bawił po prostu obserwując. Siedząc i obserwując ich taniec. To, jak urabia go tylko i wyłącznie dla zabawy. I wiedział, że tak samo mogła się bawić nim, ale to nic. W końcu tak samo on bawił się nią. Może dlatego ta toksyczna relacja tak dobrze się miała. Poprawił swoją kurtkę i wziął szklankę. Wtopił się w otoczenie. Niby po prostu przechodząc, niby robiąc delikatne kroki, a on po prostu szedł. Cicho, jak Kot. Kot, który nawet nie wiesz kiedy przebiega ci między nogami i już jest na dworze, chociaż nie chciałeś go nawet wypuszczać. Jak to działało? Chyba nikt nie wiedział. Rookwoodowie już tak po prostu mieli. Wziął jego torbę. Torbę, w której liczył, że te dokumenty naprawdę będą. Zastanawiał się natomiast, czy jeśli znikną - Lycoris zostanie oskarżona? To by dopiero była heca. Poszedł kawałek dalej, do baru. Przejrzał na spokojnie teczki, szukając tej konkretnej. Była tam. Nie zajmował się teraz czytaniem jej, przeglądaniem zawartości. Schował ją do magicznej kieszeni. I zrobił nawrót, czekając na odpowiedni moment, żeby oddać mu tę torbę, jak gdyby nigdy nic. Może dobrze, bo chyba był to też czas, w którym musiał powiedzieć - przegrałem zakład. Chociaż, szczerze mówiąc, nie spodziewał się, że mimo wszystko mężczyzna od razu padnie jej do stóp. Albo że to w ogóle wyjdzie. Nawet jakby się nie ślinił, to chodziło o jedno - żeby mężczyzna skupił się na czymś innym. I żeby mógł swobodnie działać.
Sauriel wrócił na swoje miejsce i przy okazji przyniósł im nowe drineczki - miodową whisky z odrobiną cytryny.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.