12.06.2024, 22:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.06.2024, 22:24 przez Cedric Lupin.)
Południowe stragany - Biżuteria Viorici
Gdy stoisko z biżuterią zostało gwałtownie otoczone niekończącą się falą klientów, poczuł się nieco nieswojo. Wciąż nie potrafił przywyknąć do tej całkowicie innej niż w szpitalu sytuacji. Będąc na dyżurze, wiedział w czym i jak może pomóc. Tutaj czuł się niczym dziecko we mgle. Fascynowało go, z jaką łatwością Vior podejmowała rozmowę z kolejnymi klientami. Tak, zdecydowanie radziła sobie w towarzystwie lepiej od niego. Chociaż pewnie nie powinno być to dla niego niczym dziwnym. W końcu od kilku tygodni spędzał z nią całkiem sporo czasu. Energiczna, żywa, cholernie fascynująca. Po prostu cieszył się z faktu, że mógł spędzać z nią czas. Zdecydowanie dobrze zrobił, nie biorąc na siebie tego dodatkowego dyżuru. Święto Żniw nie było jednak aż tak złe.
Im więcej czasu mijało, tym swobodniej czuł się w tym nieco obcym środowisku. Co prawda nie zagadywał do klientów, ale nie uciekał też na bok, próbując zniknąć z pola widzenia. Jasne, wciąż było mu głupio słuchać kolejnych przytyków względem podejścia do pracy, ale nie chciał tego komentować. Wciąż miał w głowie tyradę, którą zebrał w Mungu i nie chciał powtórki, szczególnie przy tak dużej publiczności.
— Przez później masz na myśli późną noc, gdy święto się już skończy i wszystko zapakujemy? — odparł tylko, nie mogąc się powstrzymać przed lekką dogryzką. Jasne, spędzał w Mungu zdecydowanie za dużo czasu, ale zdążył już zauważyć, że ona również nie była taka święta. — Och? Nie, jest okey. Jadłem przed wyjściem, a poza tym to i tak nie jestem głodny. Trochę się tym wszystkim stresuję. Nie, żebym żałował. Po prostu jest... inaczej. — Zdecydowanie nie żałował podjętych decyzji, ale z jakiegoś powodu było mu przez to nieco głupio. Miał wrażenie, że angażuje się za bardzo, ale tak naprawdę wszystko to robił instynktownie. Nie zastanowił się nawet, gdy pytała go o pomóc przy tym stoisku. Po prostu się zgodził. — Rozrywki już mi starczy, naprawdę. Dawno nie spotkałem tak wielu ludzi w przeciągu kilku godzin, a pracuję w Mungu — dodał jeszcze, po czym lekko się roześmiał. Cóż, po prostu czuł się dobrze. Cieszyło go, że stanowisko cieszyło się tak dużą popularnością. Zachwyty kolejnych i kolejnych ludzi były ostatecznym potwierdzeniem tego, co powtarzał jej przez ostatnie tygodnie. Miała ogromny talent i znajdą się tłumy ludzi, którzy będą chcieli coś kupić. W niektórych momentach po prostu stał i z uśmiechem obserwował kolejne transakcje. Speszył się jednak, gdy zetknął się z Vior spojrzeniami, na nowo lekko się wycofując.
— Chciałbym w to wierzyć, ale żeby cię przebić, musiałbym pewnie trenować przez kilkadziesiąt najbliższych lat. Gdy następnym razem będę chciał coś wygrać, poproszę cię o pomoc — Nieco teatralnie pokręcił głową z rezygnacją, chociaż zdradzał go uśmiech w kąciku ust. Wspominając ich dotychczasowe przygody, nawet się nie łudził, że kiedyś uda mu się ją pokonać.
— Chyba masz rację... Skoro są tam odpowiednie służby, pewnie tylko bym przeszkadzał. Poza tym, mam już na dzisiaj zobowiązania, prawda? — Mówiąc to, posłał jej przyjazny uśmiech, ale jego oczy mimowolnie przesunęły się w stronę zgromadzenia. Naprawdę miał nadzieję, że wszystko było w porządku.
Widząc Menodorę, na jego twarzy niemal natychmiast pojawił się szeroki uśmiech. Och, naprawdę się ucieszył na jej widok. Minęło już zdecydowanie za dużo czasu od ich ostatniej rozmowy. — Dora! Jak miło cię widzieć, kompletnie się nie spodziewałem — rzucił, przechodząc przed kram, żeby ją przytulić. — Ja robię tylko za pomocnika. Vior sprzedaje biżuterię. To wszystko jej dzieła! — dodał, wskazując dłonią na wystawę. Chciał rzucić coś więcej, ale skończyło się na otwartych ustach. Z jakiegoś powodu strasznie się speszył, gdy dziewczyna rzuciła tekst z urokiem. Niestety dalej było tylko gorzej. Gdy Zamfir odpowiedziała, uszy lekko mu poczerwieniały. Czy spotkanie go poza szpitalem naprawdę było aż tak dużym wydarzeniem?
Gdy stoisko z biżuterią zostało gwałtownie otoczone niekończącą się falą klientów, poczuł się nieco nieswojo. Wciąż nie potrafił przywyknąć do tej całkowicie innej niż w szpitalu sytuacji. Będąc na dyżurze, wiedział w czym i jak może pomóc. Tutaj czuł się niczym dziecko we mgle. Fascynowało go, z jaką łatwością Vior podejmowała rozmowę z kolejnymi klientami. Tak, zdecydowanie radziła sobie w towarzystwie lepiej od niego. Chociaż pewnie nie powinno być to dla niego niczym dziwnym. W końcu od kilku tygodni spędzał z nią całkiem sporo czasu. Energiczna, żywa, cholernie fascynująca. Po prostu cieszył się z faktu, że mógł spędzać z nią czas. Zdecydowanie dobrze zrobił, nie biorąc na siebie tego dodatkowego dyżuru. Święto Żniw nie było jednak aż tak złe.
Im więcej czasu mijało, tym swobodniej czuł się w tym nieco obcym środowisku. Co prawda nie zagadywał do klientów, ale nie uciekał też na bok, próbując zniknąć z pola widzenia. Jasne, wciąż było mu głupio słuchać kolejnych przytyków względem podejścia do pracy, ale nie chciał tego komentować. Wciąż miał w głowie tyradę, którą zebrał w Mungu i nie chciał powtórki, szczególnie przy tak dużej publiczności.
— Przez później masz na myśli późną noc, gdy święto się już skończy i wszystko zapakujemy? — odparł tylko, nie mogąc się powstrzymać przed lekką dogryzką. Jasne, spędzał w Mungu zdecydowanie za dużo czasu, ale zdążył już zauważyć, że ona również nie była taka święta. — Och? Nie, jest okey. Jadłem przed wyjściem, a poza tym to i tak nie jestem głodny. Trochę się tym wszystkim stresuję. Nie, żebym żałował. Po prostu jest... inaczej. — Zdecydowanie nie żałował podjętych decyzji, ale z jakiegoś powodu było mu przez to nieco głupio. Miał wrażenie, że angażuje się za bardzo, ale tak naprawdę wszystko to robił instynktownie. Nie zastanowił się nawet, gdy pytała go o pomóc przy tym stoisku. Po prostu się zgodził. — Rozrywki już mi starczy, naprawdę. Dawno nie spotkałem tak wielu ludzi w przeciągu kilku godzin, a pracuję w Mungu — dodał jeszcze, po czym lekko się roześmiał. Cóż, po prostu czuł się dobrze. Cieszyło go, że stanowisko cieszyło się tak dużą popularnością. Zachwyty kolejnych i kolejnych ludzi były ostatecznym potwierdzeniem tego, co powtarzał jej przez ostatnie tygodnie. Miała ogromny talent i znajdą się tłumy ludzi, którzy będą chcieli coś kupić. W niektórych momentach po prostu stał i z uśmiechem obserwował kolejne transakcje. Speszył się jednak, gdy zetknął się z Vior spojrzeniami, na nowo lekko się wycofując.
— Chciałbym w to wierzyć, ale żeby cię przebić, musiałbym pewnie trenować przez kilkadziesiąt najbliższych lat. Gdy następnym razem będę chciał coś wygrać, poproszę cię o pomoc — Nieco teatralnie pokręcił głową z rezygnacją, chociaż zdradzał go uśmiech w kąciku ust. Wspominając ich dotychczasowe przygody, nawet się nie łudził, że kiedyś uda mu się ją pokonać.
— Chyba masz rację... Skoro są tam odpowiednie służby, pewnie tylko bym przeszkadzał. Poza tym, mam już na dzisiaj zobowiązania, prawda? — Mówiąc to, posłał jej przyjazny uśmiech, ale jego oczy mimowolnie przesunęły się w stronę zgromadzenia. Naprawdę miał nadzieję, że wszystko było w porządku.
Widząc Menodorę, na jego twarzy niemal natychmiast pojawił się szeroki uśmiech. Och, naprawdę się ucieszył na jej widok. Minęło już zdecydowanie za dużo czasu od ich ostatniej rozmowy. — Dora! Jak miło cię widzieć, kompletnie się nie spodziewałem — rzucił, przechodząc przed kram, żeby ją przytulić. — Ja robię tylko za pomocnika. Vior sprzedaje biżuterię. To wszystko jej dzieła! — dodał, wskazując dłonią na wystawę. Chciał rzucić coś więcej, ale skończyło się na otwartych ustach. Z jakiegoś powodu strasznie się speszył, gdy dziewczyna rzuciła tekst z urokiem. Niestety dalej było tylko gorzej. Gdy Zamfir odpowiedziała, uszy lekko mu poczerwieniały. Czy spotkanie go poza szpitalem naprawdę było aż tak dużym wydarzeniem?