13.06.2024, 14:28 ✶
Na początek przy cytrynówce, potem przechodzi z Mulciber Moonshine -> Stoisko ze świeczkami
Z reguły nie gustująca w mocniejszych alkoholach Lorien nie dolała sobie kolejnej szklanki. Młodzież miała swoje prawa, mogła się bawić na sabacie, a im przypadała rola bycia tymi bardziej odpowiedzialnymi. Tak na wszelki wypadek.
Siostrzenica Roberta. Interesujące.
Szczerze mówiąc nigdy jakoś zaciekle nie zgłębiała drzewa genealogicznego swojego męża. Wystarczyło jej wiedzieć, że są na tyle daleko od siebie, że małżeństwo nie wywoła większej sensacji niż ta, którą i tak wywołać w Ministerstwie musiało. Jeśli taka miała być historia o tym jak została honorową ciotką kolejnej duszyczki - w porządku! Lyssa wydawała się uroczą młodą damą, w dodatku najwyraźniej przyjaźniła się z jej pasierbicą. A to akurat było bardzo dobre. Sophie jak nikt potrzebowała bardziej pozytywnych wzorców niż jej kuzyni.
- Ich imiona?- Zamrugała jakby zaskoczona pytaniem.- Są synowie Richarda - Charles i Leonard… Oczywiście twoja kuzynka Sophie…- Zmarszczyła delikatnie brwi. Ile czasu już minęło od brawurowej ucieczki rudowłosej? Kilka minut? Więcej? Efekt cytrynówki powoli słabł, a Lorien powracała pełna świadomość. A co za tym idzie - gwałtowna potrzeba sprawdzenia co do jasnej cholery zadziało się na stoisku obok. Zwłaszcza, że wszystko najwyraźniej już tam ucichło.
Tymczasem Lyssa pijąca kolejny kieliszek wyglądała na coraz bardziej zadowoloną z życia.
- Zostań tu przez chwilę słońce. Zawołam Sophie, żeby zajęła się swoim stoiskiem.- Westchnęła ciężko. Dlaczego jej to nie dziwiło, że rudowłosa zrzuciła całą odpowiedzialność na kogoś innego? Zacząć, rozpętać burzę i uciec. Nie czekała nawet na odpowiedź dziewczyny.
/ jeden bardzo krótki spacer później /
- Mi scusi, permesso.- Powiedziała ostro, prześlizgując się pomiędzy poli rozchodzącym się tłumem gapiów. Jak ktoś jej nie chciał ustąpić, to mu nadepnęła szpilką na stopę tak skutecznie, że odskoczył. Mali ludzie mieli swoje małe sposoby. To co się działo w dalszych częściach stoiska (gdzie jak mogła kątem oka dostrzec jakąś bójkę i szamotaninę i chyba interwencję aurorów?) kompletnie ją nie obchodziło, chciała tylko zorientować się w sytuacji przy samych świeczkach.
W końcu - dotarła na miejsce.
Wsparła dłonie na biodrach próbując ogarnąć co, gdzie, jak i lokalizując przy okazji poszczególnych członków rodziny. Osoba, na której jej najbardziej zależało w tym momencie - Sophie - leżała na ziemi. Najwyraźniej otrzymują (nie)zbędną pomoc medyczną. Gdzieś też w tamtych okolicach zauważyła Charles’a. Okej, to już dwójka.
Do stoiska wracał też Richard w towarzystwie nieźle obitego Philipa Notta. Im z kolei nie poświęciła nawet chwili uwagi, bo i po co? Duzi chłopcy - poradzą sobie. Zwłaszcza, że na pierwszy rzut oka Richard wyglądał na całkowicie nieposzkodowanego (może mentalnie, ale to akurat uważała za stan permanentny).
Serce natomiast zabiło pani Mulciber nieco mocniej, gdy zobaczyła Leonarda i Roberta, który z kolei wyglądał jakby się już przez próg ze śmiercią witał.
O nie. Co to, to nie. Cokolwiek się tu wydarzyło - mogło zaczekać.
Wzięła głęboki oddech. Jeszcze jeden. Kolejny dla pewności, że utrzyma nerwy na wodzy.
W końcu ruszyła w stronę stołu, zatrzymując się tylko na moment przy leżącej pasierbicy. Nie było z niej teraz za grosz pożytku.
- Charlie. Jeśli nie jesteś tu potrzebny, możesz przejść na…- zawahała się na moment. Wspomnienie samej nazwy cytrynówkowego interesu Mulciberówny mogło rozpętać kolejną awanturę.- stoisko obok? Lyssa będzie potrzebować tam pewnie pomocy.- Posłała prawie-że-bratankowi jeden z tych uprzejmych, nieznoszących sprzeciwu uśmiechów. Trochę przy okazji robiąc minę w stylu “porozmawiamy w domu”.- Teraz.- Dodała, jakby to nie było oczywiste.
Zaraz potem straciła zainteresowanie młodszym z chłopaków i podeszła bliżej Leonarda. Jeśli złapała kontakt wzrokowy z Robertem to posłała mu słaby uśmiech. Pewnie nie była osobą, którą chciał teraz widzieć, ale jak się nie ma co się lubi - to się lub co się ma, ot co!
- Co z nim? - Zapytała Leo. Spokojnie. Bez przesadnego emocjonowania się. Chciała suchych i konkretnych faktów nie żadnych opowieści z mchu i paproci. W między czasie pochyliła się nad mężem. Przesunęła palcami po rozciętym materiale jego ubrania, krzywiąc się nieznacznie. Z cytrynówką w żyłach mogła się skupić albo na kontrolowaniu emocji albo na rzucaniu zaklęć. Z dwojga złego wolała uniknąć wszelkich niekontrolowanych przemian.
- Nie lubię jak łamiesz naszą umowę.- Stwierdziła tylko zniżając głos do szeptu i wyciągając przy okazji kupioną wcześniej spinkę z kieszeni szaty. Kto by pomyślał, że przyda się tak szybko. Spięła ten nieszczęsny golf, starając się nie zniszczyć materiału bardziej i co ważniejsze - nie dziabnąć Roberta szpilką.- Będę bardzo zawiedziona jeśli umrzesz przede mną.
Przez moment można było odnieść wrażenie, że zdobędzie się na jakiś bardziej czuły gest, bo szczupłe palce czarownicy zamarły zaledwie cal nad jego policzkiem , ale ostatecznie sobie to odpuściła. Wyprostowała się za to i rozejrzała po stoisku.
- Czego mu potrzeba?- Zapytała za to Leonarda. Mieli tu dziesiątki przeróżnych świeczek i kadzidełek. Na pewno znalazła się jakaś dla umierającego dziadka. Coś na uspokojenie? Na sen?