13.06.2024, 21:16 ✶
Koniec tańca z Millie, chwila wałęsania się po sali, potem idę do Vakela, taktycznie i zupełnym zbiegiem okoliczności zachodząc Morpheusa od tyłu, żeby go przypadkiem nie zobaczyć, po czym ekspresowo spierdalam do ogrodu.
Słowa o tym, że większość jej szaleństwa znał z opowieści, uderzyły w niego niczym wyrzut, choć być może wcale nim nie miały być. Świadomość, że Peregrin nie jest stałą częścią jej przygody, a jedynie gościem, który pojawia się od czasu do czasu, wbiła się we wróżbitę ościeniem. Trzeba przyznać, nie był pierwszą osobą, o której ktokolwiek pomyślałby, szykując się na coś odważnego. Jeśli już Trelawney dawał się na coś takiego namówić, pełnił raczej funkcję kuli u nogi. W tym punkcie rozchodziły się drogi jego i Millie, zaczynał jej świat, do którego… nie tyle nie miał dostępu, co nie próbował go mieć. A może właśnie powinien?
— Czyniłoby cię to wybornym kłamcą. Nie niszcz tego.
Wracał do Christophera jak boomerang nie tylko z ciekawości przebiegu wydarzeń, ale i dlatego, że to Rosier powinien znajdować się na jego miejscu. On ją tu przyprowadził, on chciał z nią spędzić ten czas, on miał odszukać piorun na jej plecach. Peregrin nie zwróciłby może na jego brak aż takiej uwagi, gdyby Moody nie zignorowała jego pytania za pierwszym razem. Gdy nie odpowiedziała za drugim, zrozumiał: on nie powinien zwracać na niego uwagi.
Pełną tę uwagę przykuły więc jej palce szukające brakującego elementu: loków. Nie czuł się bez nich do końca sobą, to doświadczenie odklejenia od swojej zwyczajowej formy łączyło ich tego wieczoru, ale:
— Pomyślałem, że tak będzie bardziej elegancko? — Pobrzmiewało to pytaniem, bo poniekąd nim było.
Jej gest był mu miły i gdyby znajdowali się w mniej wystawiających go na obce spojrzenie okolicznościach, może nawet zareagowałby jakoś… jakkolwiek. Tutaj nie dał po sobie nic poznać. Mogli być duchem w swoim świecie, lecz świat czarnego wesela wciąż dobijał się do niego echami bawiących się gości; przypominał, że to nie było odosobnione, bezpieczne miejsce.
Co zaś się tyczy ich małego świata… czy też ich światów: zachodzących na siebie, z podobnie kojącą oniryczną atmosferą, lecz wyglądało na to, że zupełnie różnym systemem czasowym. Jej odliczał minuty, jego wił się gładką, leniwą wstęgą. Nie była poznaczona żadnymi markerami, nie było na niej żadnego punktu kulminacji. Gdy muzyka ucichła, rozwiała się spokojnie, taniec zwieńczył subtelny ukłon i uśmiech czarodzieja.
— Do usług. — Choć nie poczytywał sobie tego jako usługi czy ratunku. Nie dowierzał temu, by nie poradziła sobie sama.
A potem spadł na niego ten zbłąkany piorun.
Ona zniknęła, teraz on został sam na parkiecie, skołowany, krążący bez celu między tańczącymi. Co się stało?
Nie potrafiłby do końca powiedzieć. Uciekło mu gdzieś kilka minut: gdzieś między próbami wyrwania się z morza par ku brzegowi sali a kolorowym drinkiem (za słodki), który przeszedł mu przez ręce. Co on tu w ogóle, u licha, robił?
Nie chciał rozumieć tego, co zrobiła Millie. Bał się szukać znaczenia tego gestu, jakby miał się nim sparzyć. Może i Peregrinus mógłby konkurować z Maryją Dziewicą, ale nawet on nie był tak ślepy, aby przegapić, że jej usta znalazły się niepokojąco blisko jego ust. Wolałby, żeby to był wypadek: byli na weselu, może piła, zbłąkany piorun celował w policzek. Słodkie pożegnanie przyjaciół po bajecznym tańcu. Byli przyjaciółmi…?
Potrzebował powrotu do rzeczywistości, czegoś znajomego, nogi same znalazły drogę ku stolikowi wróżbitów. Zatrzymał się jednak w pół kroku, coś było nie tak, jakby i tu coś wybuchło. Vakel nie paplał.
Pakować się z deszczu pod rynnę — szczyt głupoty. W innych okolicznościach bez namysłu wszedłby w tę scenę, niezależnie od tego, jaka miała okazać się skala problemu. Nie tego wieczora. Nie mógł odnaleźć swojego zwyczajowego rytmu, zapomniał wszystkich błyskotliwych formułek towarzyskich.
Peregrinus zastygł więc na chwilę skonsternowany kilka kroków za plecami Morpheusa, nie wiedząc, co ze sobą począć. Stałby tam Matka jedna wie ile, gdyby nie zauważył go któryś z wymyślonych kolegów Dolohova i nie wypowiedział w jego stronę słów powitania. To go obudziło.
Pora decyzji. Walka czy ucieczka? Nie musiał długo się zastanawiać.
Odpowiedział naprędce na powitanie, po czym skierował kolejne słowa do Vakela:
— Jeśli mógłbym na moment, kiedy pan tu skończy.
Ulotnił się, zanim jego obecność zdążyła na dobre wybrzmieć. Nieelegancko może, lecz nie miał głowy dumać nad takimi kwestiami.
Ucieczka do kogoś nie wyszła, pozostało uciec od kogoś. Konkretnie: uciec od wszystkich. Podążając za naturalnym instynktem wydostania się z pułapki czterech ścian, kroki skierował do ogrodu. Czego nie przemyślał: mogła tam być wciąż ona.
Niezależnie od tego, czy minęli się tam, czy nie, odszukał najbardziej ustronną ławeczkę z dostępnych i odpalił papierosa. Gotów czekać pięć minut czy pięć godzin, próbował w tym czasie poukładać myśli, które rozpierzchły się na wszystkie strony.
Słowa o tym, że większość jej szaleństwa znał z opowieści, uderzyły w niego niczym wyrzut, choć być może wcale nim nie miały być. Świadomość, że Peregrin nie jest stałą częścią jej przygody, a jedynie gościem, który pojawia się od czasu do czasu, wbiła się we wróżbitę ościeniem. Trzeba przyznać, nie był pierwszą osobą, o której ktokolwiek pomyślałby, szykując się na coś odważnego. Jeśli już Trelawney dawał się na coś takiego namówić, pełnił raczej funkcję kuli u nogi. W tym punkcie rozchodziły się drogi jego i Millie, zaczynał jej świat, do którego… nie tyle nie miał dostępu, co nie próbował go mieć. A może właśnie powinien?
— Czyniłoby cię to wybornym kłamcą. Nie niszcz tego.
Wracał do Christophera jak boomerang nie tylko z ciekawości przebiegu wydarzeń, ale i dlatego, że to Rosier powinien znajdować się na jego miejscu. On ją tu przyprowadził, on chciał z nią spędzić ten czas, on miał odszukać piorun na jej plecach. Peregrin nie zwróciłby może na jego brak aż takiej uwagi, gdyby Moody nie zignorowała jego pytania za pierwszym razem. Gdy nie odpowiedziała za drugim, zrozumiał: on nie powinien zwracać na niego uwagi.
Pełną tę uwagę przykuły więc jej palce szukające brakującego elementu: loków. Nie czuł się bez nich do końca sobą, to doświadczenie odklejenia od swojej zwyczajowej formy łączyło ich tego wieczoru, ale:
— Pomyślałem, że tak będzie bardziej elegancko? — Pobrzmiewało to pytaniem, bo poniekąd nim było.
Jej gest był mu miły i gdyby znajdowali się w mniej wystawiających go na obce spojrzenie okolicznościach, może nawet zareagowałby jakoś… jakkolwiek. Tutaj nie dał po sobie nic poznać. Mogli być duchem w swoim świecie, lecz świat czarnego wesela wciąż dobijał się do niego echami bawiących się gości; przypominał, że to nie było odosobnione, bezpieczne miejsce.
Co zaś się tyczy ich małego świata… czy też ich światów: zachodzących na siebie, z podobnie kojącą oniryczną atmosferą, lecz wyglądało na to, że zupełnie różnym systemem czasowym. Jej odliczał minuty, jego wił się gładką, leniwą wstęgą. Nie była poznaczona żadnymi markerami, nie było na niej żadnego punktu kulminacji. Gdy muzyka ucichła, rozwiała się spokojnie, taniec zwieńczył subtelny ukłon i uśmiech czarodzieja.
— Do usług. — Choć nie poczytywał sobie tego jako usługi czy ratunku. Nie dowierzał temu, by nie poradziła sobie sama.
A potem spadł na niego ten zbłąkany piorun.
Ona zniknęła, teraz on został sam na parkiecie, skołowany, krążący bez celu między tańczącymi. Co się stało?
Nie potrafiłby do końca powiedzieć. Uciekło mu gdzieś kilka minut: gdzieś między próbami wyrwania się z morza par ku brzegowi sali a kolorowym drinkiem (za słodki), który przeszedł mu przez ręce. Co on tu w ogóle, u licha, robił?
Nie chciał rozumieć tego, co zrobiła Millie. Bał się szukać znaczenia tego gestu, jakby miał się nim sparzyć. Może i Peregrinus mógłby konkurować z Maryją Dziewicą, ale nawet on nie był tak ślepy, aby przegapić, że jej usta znalazły się niepokojąco blisko jego ust. Wolałby, żeby to był wypadek: byli na weselu, może piła, zbłąkany piorun celował w policzek. Słodkie pożegnanie przyjaciół po bajecznym tańcu. Byli przyjaciółmi…?
Potrzebował powrotu do rzeczywistości, czegoś znajomego, nogi same znalazły drogę ku stolikowi wróżbitów. Zatrzymał się jednak w pół kroku, coś było nie tak, jakby i tu coś wybuchło. Vakel nie paplał.
Pakować się z deszczu pod rynnę — szczyt głupoty. W innych okolicznościach bez namysłu wszedłby w tę scenę, niezależnie od tego, jaka miała okazać się skala problemu. Nie tego wieczora. Nie mógł odnaleźć swojego zwyczajowego rytmu, zapomniał wszystkich błyskotliwych formułek towarzyskich.
Peregrinus zastygł więc na chwilę skonsternowany kilka kroków za plecami Morpheusa, nie wiedząc, co ze sobą począć. Stałby tam Matka jedna wie ile, gdyby nie zauważył go któryś z wymyślonych kolegów Dolohova i nie wypowiedział w jego stronę słów powitania. To go obudziło.
Pora decyzji. Walka czy ucieczka? Nie musiał długo się zastanawiać.
Odpowiedział naprędce na powitanie, po czym skierował kolejne słowa do Vakela:
— Jeśli mógłbym na moment, kiedy pan tu skończy.
Ulotnił się, zanim jego obecność zdążyła na dobre wybrzmieć. Nieelegancko może, lecz nie miał głowy dumać nad takimi kwestiami.
Ucieczka do kogoś nie wyszła, pozostało uciec od kogoś. Konkretnie: uciec od wszystkich. Podążając za naturalnym instynktem wydostania się z pułapki czterech ścian, kroki skierował do ogrodu. Czego nie przemyślał: mogła tam być wciąż ona.
Niezależnie od tego, czy minęli się tam, czy nie, odszukał najbardziej ustronną ławeczkę z dostępnych i odpalił papierosa. Gotów czekać pięć minut czy pięć godzin, próbował w tym czasie poukładać myśli, które rozpierzchły się na wszystkie strony.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie