W jakimś stopniu na pewno zwracali na siebie uwagę, a przynajmniej Victoria – kobieta, której twarz wielokrotnie pojawiała się w ostatnich miesiącach w gazetach, szła teraz blisko Sauriela, ramię w ramię, niemal do niego przyciśnięta, by łatwiej było wyminąć napierających ludzi, kiedy szli pomiędzy straganami. Jeśli ktoś by ją zapytał o zdanie, to bez wahania odparłaby, że na Rookwoodzie można było zawiesić oko, pomijając ogólną aurę i wrażenie jakie wokół siebie roztaczał. Z początku też to czuła, że pod ładną buźką krył się złośliwy diabeł i żarli się na każdym kroku nie mogąc ze sobą wytrzymać… a później przestali. I teraz szli razem przez jarmark, spoglądając na stoiska. Życie lubiło zaskakiwać; ze znielubianej osoby możesz stać się tą ważną, bliską, kochaną.
Oderwała spojrzenie od sceny, na której właśnie zobaczyła Laurenta (a miał tylko obejrzeć cyrk… ale chyba dobrze się bawił?) i wyprostowała się akurat w momencie, kiedy z dłoni Sauriela zwisał piękny naszyjnik, jakby właśnie oceniał czy jemu samemu się podoba i czy się do czegoś w ogóle nadaje. Victoria przyjrzała mu się i wtedy jakaś kobieta, śliczna blondynka odezwała się w odpowiedzi, a potem poklepała Sauriela po ramieniu, dodała kilka słów więcej i uśmiechnęła się do Victorii. Lestrange, zaskoczona, odpowiedziała Ambrosii krótkim uśmiechem, ale zaraz zmarszczyła brwi i zerknęła na czarnowłosego.
– Jakaś twoja znajoma? – miał podejrzanie dużo blondynek w swoim otoczeniu, co odbijało się krótkim ukłuciem w sercu ciemnowłosej, ale zaraz odgoniła tę niechcianą myśl i na powrót spojrzała na Sauriela i tę błyskotkę w jego ręku. – Tak, bardzo ładna – właściwie to mówiła całkiem szczerze, bo zawieszka była porządnie wykonana, pięknie błyszczała… ale zaraz zniknęła z jej oczu, kiedy Sauriel przysunął ją bliżej jej szyi, jakby coś mierzył, oceniał coś wprawnym okiem znawcy, kiedy tak przekrzywiał głowę, mrużył oko, jakby chciał to zobaczyć w innym wydaniu. Tak, wisiorek był bardzo ładny, a Victoria była bardzo głupia, bo nawet nie pomyślała, że Sauriel zaraz tak po prostu za niego zapłaci i zawiesi jej to na szyi tak teraz–zaraz–już. Zamrugała i spojrzała w dół, chcąc dojrzeć naszyjnik, uniosła dłoń, by przejechać opuszkami palców po zawieszce, jaka teraz dotykała skóry tuż pod mostkiem i uśmiechnęła się. Nie wymuszenie, ale tak, jakby naprawdę ją to ucieszyło. Tym bardziej, że ekspert zaraz ocenił to dzieło. I w tym zaraz również i ją. Uniosła spojrzenie z tym rozmarzonym uśmiechem i skierowała je na Sauriela, przymrużyła oczy i teraz to już chyba naprawdę się zarumieniła. Może nawet urosła? To był taki miły gest, naprawdę nie pamiętała, kiedy ostatnio coś od kogoś dostała… może na urodziny w styczniu. Ale to się nie mogło równać z tym; z tym niespodziewanym prezentem, piękną niespodzianką, która miała o tyle większą wartość, bo ją otrzymała od kogoś mającego bardzo specjalne miejsce w jej życiu i sercu. [/a]– Dziękuję – naprawdę tak uważał? Nie zapytała o to, zamiast tego powstrzymała przytulenie się do niego stojąc przy tym straganie, wśród ludzi, nie powstrzymała za to przemożnej chęci złapania go za dłoń. – Bardzo dziękuję – dodała już ciszej, gotowa pociągnąć Sauriela do kolejnego miejsca, żeby nie robić tutaj nadmiernej kolejki. Kątem oka spojrzała w twarz sprzedawcy i wyżej uniosła na moment brwi.
– Tristan? – rzuciła w eter, ale już kroki kierowała w inną stronę, pomachała więc tylko do mężczyzny i uśmiechnęła się do niego, nim odwróciła się w kierunku, w którym należało pójść. A wypatrzyła jakieś stoisko przykryte czerwonym obrusem, Wyroby pani Zamfir.