Czy Erik przybierał jakąś maskę, grał? Jeśli to było przedstawienie na rzecz budowania marki, jak ładnie zostało to ujęte, to robił to cholernie dobrze. Tak się składało, że zgodnie z jego słowami - Sauriel podważał go. Podważał autentyczność tego, co słucha i co widzi. W tym świecie rycerze na białych koniach nie mieli szansy istnieć, z drugiej strony mówiliśmy o Longbottomach - posranej rodzince walczącej o sprawiedliwość dla tego świata. Sęk w tym, że Erik wydawał się niemal idealny w tym wszystkim i tym bardziej błyszczał, im dalej stała ta rozmowa. W zasadzie nie wiedział, czego to wpływ, ale tym bardziej go słuchał i nawet miał wrażenie, że się uspakaja. Czemu? Mówił z sensem, polotem, przepadał za takimi ludźmi. Była to całkiem szalona odmiana od tego, że ze Stanleyem zazwyczaj zastanawiali się, czy jak po dwóch stronach kuli ziemskiej ktoś jednocześnie upuści kromkę chleba z masłem, to czy Ziemia staje się wtedy wielką kanapką. I nie, przy Staszku nie brakowało mu niczego innego, ale przy ludziach takich jak Erik przypominał sobie, jaki był, zanim świat powiedział mu, jaki powinien się stać. Zastukał parę razy palcem w blat w zamyśleniu, słuchając z uwagą tego, co ma do powiedzenia rozmówca, którego autentyczność istnienia podważał. Szczerość. Ideały. A może on mu po prostu zazdrościł. Nawet Brenna ze swoim "walczę ze złem" nie była taka górnolotna. Absolutnie pojebana w swoim funkcjonowaniu przynajmniej wydawała się absolutnie niedoskonałą istotą... więc co on teraz przed sobą widzi? Gdzieś w dole był haczyk, na pewno. Ale on nie był Stanleyem, który miał gadane, żeby przekonywać ludzi, by zdradzili mu swoje najgłębsze tajemnice. Na pewno nie w urzędzie Ministerstwa Magii...
- Ay... - Zgodził się cicho, z namysłem. - Idea jest jak rak, jeśli pozwolisz się jej zalęgnąć. - Cwany uśmieszek pojawił się na jego twarzy, rozbawiony w zasadzie tym, że przecież problem Śmierciożerców by nie istniał, gdyby nie idea. Nie w takiej skali. - 27 wieczorem. - Zaproponował, bo bardzo pechowo Erik trafił w datę, która w kalendarzu jest zajęta, chociaż on takiego kalendarza wypchanego nie ma. - Czy tam też trzeba wypełnić jakieś zaświadczenie? B38 na przykład? - Uniósł brwi i uniósł znacząco rąbek kartki leżącej przed nim. W sumie nigdy nie pomyślał o klubie pojedynków... ale to pewnie dlatego, że wystarczająco się pojedynkował bez tego. Tylko... czy to na pewno był dobry pomysł? Teraz dopiero do niego dotarło. Czy to dobra myśl pokazywać swoje umiejętności? Każdy czarodziej miał specyficzną manierę trzymania różdżki, ulubione zaklęcia, sposób walki... ooo, no on na pewno miał sposób walki specyficzny, skoro opierał się na okładaniu czarodziei po mordach. Z drugiej strony to była okazja do tego, żeby poznać Erika i jego umiejętności... cóż, zawsze mógł zgrywać debila i wysilić się na coś kreatywnego... chociaż siebie za osobę kreatywną nie uważał.
- Od razu podlewam... podlałem dla próby, zobaczymy jakie dokładnie wyjdą. A rosną zajebiście, to im się chyba podoba. - Teraz to on wzruszył ramionami, bo tak się składało, że na ogrodnictwie to się znał tyle, ile Victoria mu powiedziała. - Mój kumpel siedział nad doniczkami, bo się bał, że uciekną. Spoiler: nie uciekły. - Akurat do tego sprowokował celowo Stanleya, przecież warzywa nie chodził... bo nie chodziły, prawda? Mogło mu się przespać parę lekcji zielarstwa. - Jeszcze nie próbowałem. Sam jestem ciekaw, czy naprawdę będą dawały whiskey... ALE! Jak tylko urosną do końca - czyli kurwa nie wiem kiedy - to podeślę ci słoik. Chcesz? -
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.