14.06.2024, 12:32 ✶
Eh...
I co miał teraz zrobić? Mroźny klimat mroźnym klimatem, dodatkowe warstwy ubrań nie brzmiały też zachęcająco, ale skoro miał poznać jej chłopaka to sprawa miała się już zupełnie inaczej.
– Dobrze, myślę, że może uda mi się wygospodarować na to jakiś weekend. A o którym skandynawskim kraju mówimy dokładniej? – Ustąpił w końcu w głowie już rozważając ile będzie od niego wymagać takie przedsięwzięcie i czy gdyby to jednak nie byłby tylko weekend, to czy byłby w stanie podciągnąć to jakoś pod urlop zdrowotny. – Wiesz, słowa Jedziemy do Skandynawii brzmią jednak bardzo podobnie do Zamarzniemy na śmierć. – Teraz już rzeczywiście tylko się z nią droczył. Przecież się zgodził.
Uśmiechnął się na jej zapewnienia, że jego abrakasan jest zbyt rozsądny na zrobienie czegoś takiego. Tak, zdecydowanie trafił mu się naprawdę wyrozumiały wierzchowiec, nawet jeśli, tak jak każdy abrakasan Prewettów, czasem nieco za bardzo się obrażał, chociaż w tym przypadku, było to uzasadnione.
– Sam nie wiem. Chyba ciężko byłoby mi zrezygnować z niektórych rzeczy, które oferuje Londyn – powiedział po chwili zastanowienia. Chociaż z upływem lat dom z ogródkiem, i spokój jaki on gwarantował, brzmiał coraz to bardziej kusząco, to na razie stolica dalej wygrywała. – A więc częstsze wizyty.
Jak tylko wróci do domu, wpisze kilka potencjalnych dat do kalendarza i, o ile nic mu nie wypadnie, spróbuje się ich trzymać, nawet jeśli wiedział, że słowa kuzynki nie były stuprocentowo poważne.
Roześmiał się i posłał jej przebiegły uśmiech. Wapólne mdlenie brzmiało dobrze. Może, jako uzdrowiciel, powinien protestować przeciwko wykorzystywaniu swojego stanu zdrowia do takich celów, ale jednak jako dzieci, oboje przekonali się, że czasem była to najbardziej skuteczna metoda na uniknięcie niektórych konsekwencji, a Basilius nawet jako spokojne dziecko, które częściej układało puzzle, niż biegało po ogrodzie, i tak potrafił robić rzeczy, z których dorośli raczej zadowoleni nie byli. Zwłaszcza, gdy mieli z Pandorą za dużo czasu i im sie nudziło.
– A więc jesteśmy umówieni – Skinął głową, przemierzając spokojnym krokiem pogrążoną w pół mroku stajnię. Brakowało mu spotkań zarówno z końmi, jak i z samą Pandora. Nie chciał przecież podzielić z nią losu, typowego dla wielu kuzynów na całym świecie, kiedy to dorosłe sprawy osłabiały zbudowaną w dzieciństwie przyjaźń. A przecież już i tak nie mógł widywać się z nią tak często, jak z Florence, z którą pracowali razem w Mungu.
Sylvaine pokręcił łbem, gdy Basilius próbował podać mu jabłko, zerkając przy tym na Tahirę, a czarodziej, już wiedział, że znaczyło to tyle, że to ona miała pierwszeństwo w przysmakach, chociaż gdy Prewett podał jej owoc, klacz wyglądała, jakby przez chwilę rozważała, czy nie odgryźć mu ręki. Ale przynajmniej jego abrakasan był zadowolony.
– Boksy? Tak. Całkiem przyjemne – odezwał się Sylvaine rozglądając się dookoła. – Na pewno lepsze, niż te poprzednie. Co tu właściwie robicie? Myślałem, że dzisiaj trwa jakiś bankiet.
– Są rzeczy ważne i ważniejsze – powiedział Basilius, jednocześnie wyciągając do Pandory rękę po kolejne jabłko, tym razem dla swojego abrakasana. Doskonale wiedział, że tym tekstem, sprawił, że Sylvaine wszystko mu wybaczył. Zerknął na kuzynkę. – Poza tym, czasem warto być zdala od reszty rodziny, aby ktoś opowiedział więcej o pewnych osobach w tej całej Skandynawi.
Jeśli myślała, że nie będzie pytał o tego chłopaka, to się grubo myliła.
I co miał teraz zrobić? Mroźny klimat mroźnym klimatem, dodatkowe warstwy ubrań nie brzmiały też zachęcająco, ale skoro miał poznać jej chłopaka to sprawa miała się już zupełnie inaczej.
– Dobrze, myślę, że może uda mi się wygospodarować na to jakiś weekend. A o którym skandynawskim kraju mówimy dokładniej? – Ustąpił w końcu w głowie już rozważając ile będzie od niego wymagać takie przedsięwzięcie i czy gdyby to jednak nie byłby tylko weekend, to czy byłby w stanie podciągnąć to jakoś pod urlop zdrowotny. – Wiesz, słowa Jedziemy do Skandynawii brzmią jednak bardzo podobnie do Zamarzniemy na śmierć. – Teraz już rzeczywiście tylko się z nią droczył. Przecież się zgodził.
Uśmiechnął się na jej zapewnienia, że jego abrakasan jest zbyt rozsądny na zrobienie czegoś takiego. Tak, zdecydowanie trafił mu się naprawdę wyrozumiały wierzchowiec, nawet jeśli, tak jak każdy abrakasan Prewettów, czasem nieco za bardzo się obrażał, chociaż w tym przypadku, było to uzasadnione.
– Sam nie wiem. Chyba ciężko byłoby mi zrezygnować z niektórych rzeczy, które oferuje Londyn – powiedział po chwili zastanowienia. Chociaż z upływem lat dom z ogródkiem, i spokój jaki on gwarantował, brzmiał coraz to bardziej kusząco, to na razie stolica dalej wygrywała. – A więc częstsze wizyty.
Jak tylko wróci do domu, wpisze kilka potencjalnych dat do kalendarza i, o ile nic mu nie wypadnie, spróbuje się ich trzymać, nawet jeśli wiedział, że słowa kuzynki nie były stuprocentowo poważne.
Roześmiał się i posłał jej przebiegły uśmiech. Wapólne mdlenie brzmiało dobrze. Może, jako uzdrowiciel, powinien protestować przeciwko wykorzystywaniu swojego stanu zdrowia do takich celów, ale jednak jako dzieci, oboje przekonali się, że czasem była to najbardziej skuteczna metoda na uniknięcie niektórych konsekwencji, a Basilius nawet jako spokojne dziecko, które częściej układało puzzle, niż biegało po ogrodzie, i tak potrafił robić rzeczy, z których dorośli raczej zadowoleni nie byli. Zwłaszcza, gdy mieli z Pandorą za dużo czasu i im sie nudziło.
– A więc jesteśmy umówieni – Skinął głową, przemierzając spokojnym krokiem pogrążoną w pół mroku stajnię. Brakowało mu spotkań zarówno z końmi, jak i z samą Pandora. Nie chciał przecież podzielić z nią losu, typowego dla wielu kuzynów na całym świecie, kiedy to dorosłe sprawy osłabiały zbudowaną w dzieciństwie przyjaźń. A przecież już i tak nie mógł widywać się z nią tak często, jak z Florence, z którą pracowali razem w Mungu.
Sylvaine pokręcił łbem, gdy Basilius próbował podać mu jabłko, zerkając przy tym na Tahirę, a czarodziej, już wiedział, że znaczyło to tyle, że to ona miała pierwszeństwo w przysmakach, chociaż gdy Prewett podał jej owoc, klacz wyglądała, jakby przez chwilę rozważała, czy nie odgryźć mu ręki. Ale przynajmniej jego abrakasan był zadowolony.
– Boksy? Tak. Całkiem przyjemne – odezwał się Sylvaine rozglądając się dookoła. – Na pewno lepsze, niż te poprzednie. Co tu właściwie robicie? Myślałem, że dzisiaj trwa jakiś bankiet.
– Są rzeczy ważne i ważniejsze – powiedział Basilius, jednocześnie wyciągając do Pandory rękę po kolejne jabłko, tym razem dla swojego abrakasana. Doskonale wiedział, że tym tekstem, sprawił, że Sylvaine wszystko mu wybaczył. Zerknął na kuzynkę. – Poza tym, czasem warto być zdala od reszty rodziny, aby ktoś opowiedział więcej o pewnych osobach w tej całej Skandynawi.
Jeśli myślała, że nie będzie pytał o tego chłopaka, to się grubo myliła.