15.06.2024, 16:15 ✶
Zapadła między nimi cisza. Milczenie jakie pojawiało się coraz częściej. Nie było niezręczne, nie było komfortowe. Po prostu… było milczeniem. Pustką, której żadne nie próbowało na siłę zapełniać.
Byli tylko dwójką tak okrutnie samolubnych ludzi, nieprzywykłych w życiu do najmniejszych poświęceń, że można było odnieść wrażenie, że każda podjęta decyzja była analizą zysków i strat; każdy kompromis - kalkulacją, w której nie było miejsca na głębsze uczucia. Nie zniżali się do próby zrozumienia co stoi za większością wyborów drugiej strony.
Nie robił tego Robert zbyt skupiony na możliwościach, zapewnionych przez dziedziczkę Crouchów.
Nie robiła tego Lorien zbyt skupiona na możliwościach, zapewnionych przez dziedzica Mulciberów.
Dwoje hipokrytów gotowych poświęcić to drugie bez mrugnięcia okiem.
Dlatego właśnie Lorien pozwoliła mu w ogóle poruszyć kwestię wspólnego życia; nie przerywała, gdy mówił o poleganiu na sobie nawzajem i wspieraniu. Bo tego teraz potrzebowała- zapewnienia i obietnicy. Odzyskania gruntu pod nogami. Nawet jeśli Robert brzmiał przy tym niczym skończony sentymentalny głupiec, a cała ta otoczka zrujnowanej przez lata zaniedbania altanki wyglądała jak coś żywcem wyjętego z kiepskich romansów.
Takich, które kończą się słowami “i żyli długo i szczęśliwie w wielkiej posiadłości w Szkocji, bo okazało się, że to była tylko jedna wielka metafora ich nieodgadnionych, głębokich uczuć do siebie i w ogóle to wynaleziono cudowny specyfik na chorobę głównej bohaterki i dożyli wspólnie stu lat w otoczeniu dzieci i wnucząt, a główny bohater wcale nie musiał zalewać żałoby w ognistej whisky i szukać pocieszenia w kochankach z Nokturnu! The end.”
Bardzo złe zakończenie jeszcze gorszej historii miłosnej, która z miłością nie miała zbyt wiele wspólnego.
Może gdyby Lorien była inną kobietą teraz byłby dobry moment by się wzruszyć. Rozpłakać. Docenić, że ma się tak wspaniałego męża, który postanowił zmarnować przy boku kogoś takiego jak ona kolejne lata swojego życia. Bo przecież nie raz nie dwa, od momentu gdy przyjęła pierścionek, obojgu zadano to kluczowe pytanie - “Dlaczego?”.
Zwykle na domiar złego okraszone nutą niedowierzania lub politowania - jakby Robert nie zasługiwał na kogoś kto nie będzie jedną nogą w grobie, a Lorien chwytała się pierwszego lepszego, który nie uciekł na wieść o klątwie. Gdy całe życie oglądało się ludzkie tragedie rozgrywane niczym tanie szkolne przedstawienia na salach sądowych, poprzeczka z tytułem “męża roku” zdawała się leżeć na ziemi. Wystarczyło się o nią potknąć, by uznać spokojnego, czystokrwistego czarodzieja za ideał.
Nie zamierzam nigdzie odchodzić.
Nie wierzyła mu. Nawet jeśli były to jedyne prawdziwe słowa, które wypowiedział od samego początku ich małżeństwa, to - nie potrafiła. Ale chwytała się tej obietnicy jakby została wypowiedziana pod wieczystą przysięgą.
- Więc spróbuj.- Powiedziała spokojnie. Nawet teraz, z trudem trzymając się na nogach i drżąc z fizycznego i mentalnego wykończenia, Lorien wkładała całą siebie, żeby brzmieć pewnie.- Ale wiedz, że nie wyszłam za ciebie żebyś pozwolił doprowadzić do… do tego.- “do tego co działo się ze mną przez ostatnie dwa miesiące” pozostało niedopowiedziane, ale zawisło między nimi niczym oskarżenie. Czy brzmiała na zawiedzioną? Rozczarowaną? Może trochę.
Nie odwróciła wzroku od Roberta. Ale nie szukała w nim żadnych głęboko zakopanych uczuć. Co gorsza ona sama zdawała się być bardziej wycofana niż zwykle. Zmęczona całą tą sytuacją. Zupełnie jakby podjęła decyzję, która mogłaby mu się nie spodobać. Przesunęła opuszkami palców po grzbiecie jego prawej dłoni.
- Przez ostatnie tygodnie pozwoliłeś bym tkwiła w spirali cierpienia tak niewyobrażalnego, że większą litością byłoby całkowite usunięcie moich wspomnień.- Moment ciszy. Zbyt krótki by mógł przerwać.- Nie zrobiłeś tego. Nie rzuciłeś oblivate...- Zacisnęła palce na jego nadgarstku i podniosła dłoń Roberta do góry.- Nie zabrałeś bolesnych wspomnień. Nie dałeś mi nawet sekundy wytchnienia pod klątwą imperiusa…- Zrobiła drobny krok w jego stronę. Tyle wystarczyło by znaleźli się blisko. Może nawet zbyt blisko. Ułożyła dłoń czarodzieja na swojej szyi, pozwalając mu wyczuć miarowe tętno. Była spokojna. - Więc następnym razem, oszczędź nam tego wszystkiego - przykryła jego palce swoimi, zmuszając do lekkiego ściśnięcia jeśli nie zrobił tego od razu.- i po prostu mnie zabij. Obiecaj mi to, a odzyskasz żonę.
Ostatni warunek zanim zgodzi się na jakikolwiek powrót do domu.
Byli tylko dwójką tak okrutnie samolubnych ludzi, nieprzywykłych w życiu do najmniejszych poświęceń, że można było odnieść wrażenie, że każda podjęta decyzja była analizą zysków i strat; każdy kompromis - kalkulacją, w której nie było miejsca na głębsze uczucia. Nie zniżali się do próby zrozumienia co stoi za większością wyborów drugiej strony.
Nie robił tego Robert zbyt skupiony na możliwościach, zapewnionych przez dziedziczkę Crouchów.
Nie robiła tego Lorien zbyt skupiona na możliwościach, zapewnionych przez dziedzica Mulciberów.
Dwoje hipokrytów gotowych poświęcić to drugie bez mrugnięcia okiem.
Dlatego właśnie Lorien pozwoliła mu w ogóle poruszyć kwestię wspólnego życia; nie przerywała, gdy mówił o poleganiu na sobie nawzajem i wspieraniu. Bo tego teraz potrzebowała- zapewnienia i obietnicy. Odzyskania gruntu pod nogami. Nawet jeśli Robert brzmiał przy tym niczym skończony sentymentalny głupiec, a cała ta otoczka zrujnowanej przez lata zaniedbania altanki wyglądała jak coś żywcem wyjętego z kiepskich romansów.
Takich, które kończą się słowami “i żyli długo i szczęśliwie w wielkiej posiadłości w Szkocji, bo okazało się, że to była tylko jedna wielka metafora ich nieodgadnionych, głębokich uczuć do siebie i w ogóle to wynaleziono cudowny specyfik na chorobę głównej bohaterki i dożyli wspólnie stu lat w otoczeniu dzieci i wnucząt, a główny bohater wcale nie musiał zalewać żałoby w ognistej whisky i szukać pocieszenia w kochankach z Nokturnu! The end.”
Bardzo złe zakończenie jeszcze gorszej historii miłosnej, która z miłością nie miała zbyt wiele wspólnego.
Może gdyby Lorien była inną kobietą teraz byłby dobry moment by się wzruszyć. Rozpłakać. Docenić, że ma się tak wspaniałego męża, który postanowił zmarnować przy boku kogoś takiego jak ona kolejne lata swojego życia. Bo przecież nie raz nie dwa, od momentu gdy przyjęła pierścionek, obojgu zadano to kluczowe pytanie - “Dlaczego?”.
Zwykle na domiar złego okraszone nutą niedowierzania lub politowania - jakby Robert nie zasługiwał na kogoś kto nie będzie jedną nogą w grobie, a Lorien chwytała się pierwszego lepszego, który nie uciekł na wieść o klątwie. Gdy całe życie oglądało się ludzkie tragedie rozgrywane niczym tanie szkolne przedstawienia na salach sądowych, poprzeczka z tytułem “męża roku” zdawała się leżeć na ziemi. Wystarczyło się o nią potknąć, by uznać spokojnego, czystokrwistego czarodzieja za ideał.
Nie zamierzam nigdzie odchodzić.
Nie wierzyła mu. Nawet jeśli były to jedyne prawdziwe słowa, które wypowiedział od samego początku ich małżeństwa, to - nie potrafiła. Ale chwytała się tej obietnicy jakby została wypowiedziana pod wieczystą przysięgą.
- Więc spróbuj.- Powiedziała spokojnie. Nawet teraz, z trudem trzymając się na nogach i drżąc z fizycznego i mentalnego wykończenia, Lorien wkładała całą siebie, żeby brzmieć pewnie.- Ale wiedz, że nie wyszłam za ciebie żebyś pozwolił doprowadzić do… do tego.- “do tego co działo się ze mną przez ostatnie dwa miesiące” pozostało niedopowiedziane, ale zawisło między nimi niczym oskarżenie. Czy brzmiała na zawiedzioną? Rozczarowaną? Może trochę.
Nie odwróciła wzroku od Roberta. Ale nie szukała w nim żadnych głęboko zakopanych uczuć. Co gorsza ona sama zdawała się być bardziej wycofana niż zwykle. Zmęczona całą tą sytuacją. Zupełnie jakby podjęła decyzję, która mogłaby mu się nie spodobać. Przesunęła opuszkami palców po grzbiecie jego prawej dłoni.
- Przez ostatnie tygodnie pozwoliłeś bym tkwiła w spirali cierpienia tak niewyobrażalnego, że większą litością byłoby całkowite usunięcie moich wspomnień.- Moment ciszy. Zbyt krótki by mógł przerwać.- Nie zrobiłeś tego. Nie rzuciłeś oblivate...- Zacisnęła palce na jego nadgarstku i podniosła dłoń Roberta do góry.- Nie zabrałeś bolesnych wspomnień. Nie dałeś mi nawet sekundy wytchnienia pod klątwą imperiusa…- Zrobiła drobny krok w jego stronę. Tyle wystarczyło by znaleźli się blisko. Może nawet zbyt blisko. Ułożyła dłoń czarodzieja na swojej szyi, pozwalając mu wyczuć miarowe tętno. Była spokojna. - Więc następnym razem, oszczędź nam tego wszystkiego - przykryła jego palce swoimi, zmuszając do lekkiego ściśnięcia jeśli nie zrobił tego od razu.- i po prostu mnie zabij. Obiecaj mi to, a odzyskasz żonę.
Ostatni warunek zanim zgodzi się na jakikolwiek powrót do domu.