Wieszczka, u której dorabia.
Victoria uniosła wyżej brwi, a potem nieco je zmarszczyła, bo nie podobało jej się, w jaką stronę to zmierza. Victoria znała podejście Sauriela do wieszczy… wieszczek zwłaszcza. Potrafił się zaczytywać o tym w gazetach i bronić ich słów, jakby były prawdą objawioną, i jeszcze u takiej dorabiał? I była kolejną już blondynką, a Victoria widziała to na własne oczy i poczuła na własnej skórze, jak potrafi takie bajerować. Może to był przypadek i było mu wszystko jedno, ale już w kwietniu przyszło do jej głowy takie przeświadczenie i nie potrafiła się go pozbyć, tym bardziej patrząc na wszystko inne, co się wokół nich działo. Starała się sobie tłumaczyć, że pewnie przesadza i to nic takiego, tym bardziej że słowa tamtej nie były nijak alarmujące, ale brak pewności siebie to właśnie robił z człowiekiem.
– Waszej melinie? – Victoria nie miała zielonego pojęcia, o czym Sauriel w ogóle mówi, pierwsze słyszała o jakiejś wspólnej melinie, o wieszczce, o kocie innym niż jej własny. Skoro jednak mówił to ciszej i nachylając się do niej, to sama też głośno o tym nie wspomniała. – Jesteś zazdrosny o jakiegoś kota? – upewniła się i tego do końca nie rozumiejąc. Czego dokładnie zazdrościł? Atencji mu dawanej? Że jest głaskany? Że ma jakieś swoje miejsce? Czy po prostu, że jest i że mu wszystko wolno?
Przypływ czułości mógł się Saurielowi wydawać dziwny, ale prawda była taka, że to Victoria wszystkim rozdawała prezenty i nie bardzo sama jakieś dostawała, nawet takie tanie upominki, jak ten wisiorek – pieniądze nie miały dla niej znaczenia, bo miała ich tak dużo, chodziło o sam gest, o myśl, jaką miała druga osoba, że w ogóle chciała coś wręczyć. To i nic dziwnego, że nawet te chmurne myśli dotyczące niepewności i blondynek zostały rozwiane, kiedy na jej szyi został zapięty łańcuszek, a kamień w różyczce odbijał światła. Robiło się coraz bardziej ciemno, ale to nic.
– Eech, no. Nie wiem, co się tam stało, ale to może nawet lepiej, że Kwiatuszek wtedy się przestraszył i uciekł. Znaczy, nie że dobrze, że w ogóle się wystraszył, ale że miałam powód, żeby się stamtąd zawinąć – bo tak prawdę powiedziawszy to była po cywilu, a ostatnie trzy sabaty była na służbie… W Ostarę pracowała, Beltane – wiadomo, a w Lithę nieomal zginęła na statku… czego w sumie nigdy nawet nie powiedziała Saurielowi, bo nawet nie było kiedy, skoro wieczór wcześniej było, jak było, a potem nie rozmawiali kilka dni, aż matka Sauriela wyciągnęła ją w środku nocy z łóżka… W każdym razie nie chciała i tym razem psuć sobie zabawy i musieć pracować, skoro poprzednie sabaty były, jakie były. – Nie mam pojęcia – przyznała bez bicia, bo rzeczywiście nie wiedziała co to jest. Podeszli więc do straganu, a Kwiatuszek, wywołany wcześniej z imienia, z ciekawością wystawił łebek z koszyka, ruszając noskiem, jakby za czymś wąchał. Posłuchali, popatrzyli… – W sumie, czemu nie. Po kieliszku, panie Kocie – zgodziła się i zaśmiała, z jaką czułością Sauriel zwrócił się do Kwiatuszka, jemu kieliszka odmawiając. – Dostanie w domu coś dobrego – obiecała, kotek miauknął cicho, uroczo… i poprosili panią Zamfir o dwa kieliszki, żeby spróbować, czy rakija w ogóle będzie im odpowiadać przed ewentualnym zakupem. – To co… Na zdrowie? – przysunęła swój kieliszek, by stuknąć się delikatnie z tym od Rookwooda, po czym napiła się ze swojego, do dna.
Aktywność fizyczna, trzepnie czy nie trzepnie
Akcja nieudana