Prychnął cicho pod nosem, nie potrafiąc się przed tym powstrzymać. Chociaż kiedy ktoś ci mówi, że "jesteśmy umówieni", a tobie zbiera się na śmiech, to chyba wypada słabo? Dlatego zaraz pokazał okejkę - kciuka do góry. Po prostu wewnętrznie nie mógł ciągle uwierzyć w to, co się tu odpierdala. Erik Longbottom. Gwiazda walcząca ze Śmierciożercami. Gdyby Sauriel miał pod ręką ogóraski, to właśnie by je przygryzał zamiast popcornu. I gdyby tylko faktycznie jadł, bo niekoniecznie w pełni wychodziło mu to udawanie człowieka. Zaprasza. Go. Na. Pojedynek. Chyba pierwszy raz ta ironia losu tak mocno go uderzała. Ciekawe, czy znał się z Harper? Czy mu płakała za tym frajerem, Greybackiem, któremu Sauriel ujebał łeb? I jak tragiczne było to, że kręciło mu się po głowie, czy n ie powinien spisać wszystkich swoich grzechów i grzechów wszystkich wokół, żeby potem w kopercie złożyć jego siostrze. Jak daleko musiałby uciec i gdzie kończyłby się dla niego świat? Pod który kąt by ci zjebańcy nie zerknęli? Szczycił się niemalże byciem katem tych zjebów, a w przerwach od tego umierała nadzieja normalnego życia. Była już tylko ironia i sarkazm, które jako jedyne mogły zabić ciężary tego świata. Bo to właśnie ironia miała umrzeć ostatnia razem z czarnym humorem.
- Ay, umówieni. - Potwierdził mruknięciem, uśmiechnięty i zadowolony. - A macie chociaż ładną recepcjonistkę? - Może była blondynką? Uwielbiał blondynki. Z tą kulturą to Sauriel nie lubił się obnosić, ale dla blondynek miał specjalne miejsce w swoim czarnym serduszku i potrafił się wysilić nawet na szarmancję. Dla Erika mógł się wysilić na odrobinę jej więcej, skoro go zapraszał, a chyba... od czasu wyjazdu jego najlepszego przyjaciela, Fergusa Ollivandera, nie pamiętał, żeby nawiązywał kontakt szczególny spoza grona swoich Przyjaciół Domu Pani Foster. Nie byli wymyśleni (niestety). Niestety istnieli naprawdę i niestety był do nich całkiem przywiązani, nawet jeśli posiadali jedną komórkę mózgową dopiero po zebraniu ich w gronie pięciu osób. Czy ile ich tam było... nie zdawał matematyki, zdawał Hogwart.
- Niby racja... - Płacząca Wierzba w Hogwarcie potrafiła całkiem nieźle przywalić. Wiedział, bo próbował na nią wleźć. Jak na każdy wysoki punkt, włącznie z dachami wszystkich wież. Chyba nie trzeba mówić, że przyprawiał nauczycieli o zawał? Ich grupka cwaniaczków zresztą i tak przyprawiała o zawał z zasady. Atreus, Stanley, Louvain i Anthony. Bad boys. Albo bad bitches. Z perspektywy czasu to tak jak ludzie z Nokturnu - grupa zjebańców, ale przynajmniej swoich! Zaśmiał się leniwie z tego poszerzenia działalności - już sobie to wyobrażał. Stała robota na polu, w środku nocy i przypominanie Stanleyowi, że komu kurwa świeci, jemu czy sobie?! On musiał tu robić na dwa etaty - robola przy ogórkach i jeszcze starego dla Staszka. Z drugiej strony - jakby mu płacili to by robił. Dla pieniądza PRAWIE wszystko. Whiskey i fajki w końcu kosztowały. Dziwki dla krwi też. - Czuj się zapisany na pierwszą dostawę. - A Brennie wyśle tylko psi-chrupkę, żeby jej smutno nie było.
- O kurwa... nooo... to jest nawet pomysł na biznes... - Przymrużył oczy i przyłożył palce do podbródka, podpierając go na moment, kiedy błysk inteligencji i myśli pojawił się w zwierciadłach jego duszy. Chociaż chwilowy przejaw, COŚ w końcu musiało być w tej czarnej pustce...
... i tak panom mijał wieczór - zamiast na formalności dokumentów to na zastanowieniu się, czy na konsultacjach naprawdę dałoby się zarobić i zrobić z tego prawdziwy biznes.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.