– Myślałam, że przesiadujesz w Białym Wiwernie? – jej konsternacja i zaskoczenie musiało być słyszalne, bo zwyczajnie do tej pory to nazwę tej knajpy słyszała, albo o niej czytała w niezbyt częstej korespondencji od Sauriela. Teraz zaś ta nazwa nie padła, raczej celowo, niż z przypadku i Victoria zaczęła się zastanawiać co to za tajemnicza melina. Sauriel miał jednak znacznie więcej tajemnic i najwyraźniej wcale się przed nią nie otwierał, a teraz to… nawet nie chciała na to liczyć, żeby się srogo nie rozczarować. Sauriel oczywiście miał do tego wszystkiego prawo, Victoria nigdy tego nie negowała… ale odnosiła wrażenie, że zanim wszystko jebło, to mówiła o sobie i swoich sprawach więcej, by jego też do tego zachęcić – a może tylko jej się to wydawało i tak naprawdę te wszystkie rozmowy rozegrały się w jej głowie? Ale wcale nie należały do niej…? Może były tylko wspomnieniami babci? Jej intruzywnymi myślami.
– Czasami nie jestem pewna, czy potrzebujesz większej atencji czy w ogóle jej nie chcesz – pamiętała za to ich rozmowy na ten temat. Zdania o tym, że Sauriel chciałby, żeby wszyscy dali mu spokój, zostawili samego, ale z drugiej strony powiedziała mi też kiedyś, że jeśli potrzebuje jej atencji, to przecież wystarczy powiedzieć, a nie dawać robić sobie krzywdę. Odnosiła wrażenie, że istniała w nim pewna sprzeczność – nie chciał uwagi… i jednocześnie bardzo jej pragnął. Ale czy istniała osoba, która by tej atencji w ogóle od nikogo nie chciała?
– Wypruwam dla nich żyły, jakby mi nie dali wolnego to byłby kolejny znak, że mają mnie i moje życie w poważaniu, i że to pora jednak poszukać innego zajęcia – a Victoria była na takim dziwnym etapie wewnętrznego buntu, jakby ten nastoletni dopiero się odpalił, że naprawdę gotowa była rzucić wypowiedzenie osiem miesięcy po oficjalnym awansie, trzech latach stażu, pięciu przepracowanych w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Jak to ona – miała kilka innych pomysłów na życie i nie wierzyła, że nie daliby jej dobrych referencji po tym całym cyrku z Beltane i Limbo. W Departamencie Tajemnic pewnie wzięliby ją z pocałowaniem ręki.
Wychyliła kieliszek. Zapieklo ją w gardle, przełyku, żołądku, skrzywiła się cała, czego pewnie Sauriel nie widział, tak zachwycając się trunkiem, a kiedy on swój kielonek odstawił, to ona po prostu tak z nim stała, zaciskając oczy. W końcu trzęsącą się ręką odłożyła kieliszek na stół, nie wtrącając się do rozmowy Rookwooda z panią Zamfir. Starała się stać prosto, ale miała wrażenie, z każdą sekundą, że coraz bardziej jej się kręci w głowie. Trwała tam, milcząca, nie protestując ani trochę, jeśli Sauriel zechciał posłużyć się jej zaczarowaną torebką żeby tego wina (czy to na pewno było wino?!) nie nosił w łapach. W końcu odsunęli się od straganu, a Victoria wkładała w swoje kroki bardzo dużo uwagi.
– S-s-sauriel – odezwała się w końcu, gdy zrobili ich pięć i niepewnie złapała się jego ramienia, zwalając się na niego niemal całym swoim ciałem. – Czy możemy… ławka. Muszę-usią… źle się – mówiła nieco urywanie, starając się bardzo panować nad swoim językiem, cała zarumienione oddychała nieco ciężko. – Źle mi – dokończyła w końcu.
Chyba ta rakija czy jak to się nazywało i wino, które wypiła wcześniej… chyba ta mieszanka źle ze sobą działała. A może to będzie po prostu kolejny alkohol, którego będzie od teraz unikać, jak ten cholerny rum porzeczkowy… albo to była wódka porzeczkowa? Teraz już niczego nie była pewna. Swoich kroków również. Ani słów. Ani tego, czy utrzyma koszyk z kotkiem.