17.06.2024, 13:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.06.2024, 18:50 przez Cedric Lupin.)
Alkohol nigdy nie był mu jakoś szczególnie bliski, irytowało go to podejście, wedle którego nie dało się bawić bez tego typu napojów. W pracy widział zbyt wiele przypadków, gdzie trunki kosztowały kogoś zdrowie, a czasem nawet życie. Czy warto było tracić kontrolę nad samym sobą dla chwili swobody i przyjemności? W normalnych warunkach stwierdziły, że zdecydowanie nie, ale dzisiaj... dzisiaj było nieco inaczej. Pił pierwszy raz od dawna i och, zdecydowanie tego potrzebował. Przez kilka ostatnich dni stres nie opuszczał go nawet na w trakcie spania, a teraz po prostu siedział, z uśmiechem na twarzy wsłuchując się w opowieści, którymi raczyła go Vior. Wcześniej imponowała mu urodą i zdolnościami, teraz zachwycała go swoim charakterem. Nie miałby odwagi powiedzieć tego na głos, ale naprawdę się cieszył z tego, że wyciągnęła go ze szpitala. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo potrzebował takiej chwili wolnego. Fascynowało go to, z jaką swobodą prowadziła tę rozmowę, przy okazji podejmując interakcje z otaczającym ich światem. Tak, zdecydowanie byli z różnych światów, ale tak po prawdzie to nie czuł się z tym źle. Wręcz przeciwnie, było mu zaskakująco miło. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu czuł się wyróżniony. Mogła spędzać ten wieczór z kimkolwiek, a wybrała jego. To była wyjątkowo przyjemna myśli, której miał zamiar się trzymać.
Powoli spływały z niego resztki stresu czy niepewności, a ich miejsce zastąpiła ciekawość oraz szczera radość. Po prostu cieszył się chwilą, pierwszy raz od naprawdę dawna. Zazwyczaj picie alkoholu jedynie utrudniało mu socjalizację, ale tym razem było inaczej. Można by doszukiwać się powodów w dobrym drinku, ale prawda była zgoła inna. Po prostu potrzebował odpowiedniej osoby, przed którą będzie mógł się otworzyć. Kto by pomyślał, że okaże się nią przypadkowo spotkana w szpitalu Vior.
— Brzmi jak spore wyzwanie — przyznał, zerkając na nią z lekkim rozbawieniem. — Na Twoje nieszczęście, obsługiwałem całkiem sporo upartych dzieci i staruszków, także mam spore doświadczenie w przekonywaniu. Poza tym naprawdę odmówiłabyś swojemu ulubionemu lekarzowi? — dodał jeszcze, posyłając jej przy tym oskarżycielskie spojrzenie. Starał się przy tym zabrzmieć poważnie, ale wyszło mu to raczej mizernie. Co poradzić, miał zbyt dobry humor, żeby skupiać się na negatywnych emocjach. Tych miał w nadmiarze na co dzień.
— Jeśli liczysz na jakieś ciekawe historie, to raczej się rozczarujesz. Moje życie nie jest szczególnie ciekawe. Ostatnimi czasy w sumie nie wychodziłem nigdzie indziej niż do pracy. No, poza dzisiaj — rzucił, drapiąc się przy tym po policzku. Zazwyczaj nie miał problemów z opowiadaniem o swojej pracy, bo naprawdę ją lubił, ale przy niej było mu trochę głupio. Bo czy dało się ich w ogóle porównywać? On godzinami ślęczał za biurkiem w Mungu, podczas gdy ona żyła pełnią życia. Chyba dlatego jej dalsze słowa odebrał jako mały żarcik. Nie widział bowiem żadnej możliwości na to, żeby się nią znudzić. Jego spojrzenie mówiło zresztą wszystko. Był nią oczarowany.
Rzut na percepcję
Nie czuł się jakoś bardzo pewnie w tej naprędce wymyślonej grze, ale nie chciał się wycofywać. Szczególnie dlatego, że naprawdę podobały mu się konsekwencje wygranej. Przegranej w sumie też. Naprawdę nie miał nic przeciwko kolejnemu wspólnemu wypadowi. Jego spojrzenie padło w końcu na siedzącego przy drzwiach wejściowych mężczyznę, który popijając piwo, zerkał w stronę siedzącej stolik obok kobiety. Nie szła za tym jednak żadna logika, po prostu tak mu się pomyślało. — On i.... ona — rzucił niepewnie, wskazując jej swoje cele. Cholera, nie spodziewał się, że zwykła zabawa może być tak stresująca.
— Ciężko mi się z tym kłócić. Masz rację, ale nie zawsze logika wygrywa z praktyką. Ostatnie miesiące chyba dla każdego były ciężkie. Całe to wzburzenie w społeczeństwie i podziały. Do Szpitala trafia coraz więcej ludzi, ale ilość pracowników się nie zwiększa. Mógłbym iść do domu o równej godzinie, ale... czułbym się z tym po prostu źle. Nie mógłbym zasnąć ze świadomością, że zostawiłem kogoś w potrzebie — odpowiedział zaskakująco szczerze, posyłając jej przy tym nieco zamyślone, smutne spojrzenie. Dalej nie potrafił zrozumieć tego, że istnieli ludzie, którzy chcieli krzywdzić innych dla głupich idei takich jak czysta krew. — Poza tym. Jeśli zasnę na ławce pod Szpitalem, łatwiej będziesz mogła mnie stamtąd zabrać, prawda? — dodał jeszcze, chcąc rozbić ponury nastrój, który nagle wprowadził do ich rozmowy.
Temat pomysłu na biżuterię skomentował jedynie kiwnięciem głowy. Naprawdę chciał coś u zamówić, ale jego kreatywność twórcza była wręcz okropna. Nie potrafił wymyślić niczego, co warte byłoby jej czasu.
— Jak duży wpływ na zostanie Twoim ulubionym lekarzem miał fakt, że dałem ci eliksir o smaku pomarańczy? — rzucił nagle, ciekaw jej reakcji.
Im dłużej myślał o Hogwarcie, tym mniej pewnie czuł się ze stwierdzeniem, że chciałby tam wrócić. Tak właściwie to jego aktualne życie nie było takie złe, zwłaszcza dzisiaj. — Jeśli tak stawiasz sprawę... W sumie to też nie chciałbym wrócić do pisania esejów. Nie, żebym nie lubił tego robić, ale, hm. Nie brakuje mi tego? — odparł, z lekkim zaskoczeniem odnotowując jej propozycję. Tak, policzki znowu mu poczerwieniały. — Wybrać się do Hogsmeade? Tak, możemy. Bardzo chętnie — wyrzucił to z siebie na jednym wydechu, unikając przy tym kontaktu wzrokowego.
W takim razie możemy po prostu wykorzystać go jak najlepiej — powtórzył w myślach, bijąc się z samym sobą. Tak po prawdzie to już teraz czuł się szczęśliwy, ale nie chciał wyjść przed nią na nudziarza. Chyba dlatego przystał na jej propozycję bez większego zastanowienia. Idąc za jej przykładem, wypił drinka na raz, po czym wstał od lady. Był to mały błąd. Na krótką chwilę odebrało mu oddech, a płuca zapłonęły. Wybiło go to z rytmu i prawie wywrócił się o pobliskie krzesło. Ostatecznie udało mu się ustać, chociaż oddech odzyskał dopiero po kilku chwilach.
— Z Tobą? To będzie przyjemność — rzucił w końcu, po czym chwycił ją za dłoń i ruszył w stronę prowizorycznego parkietu. Pierwsze kroki były nieco chwiejne, ale pijany Cedric miał w sobie zaskakująco dużo gracji. Pomagało mu też obserwowanie ruchów Vior, które starał się naśladować.
Rzut na aktywność fizyczną
Powoli spływały z niego resztki stresu czy niepewności, a ich miejsce zastąpiła ciekawość oraz szczera radość. Po prostu cieszył się chwilą, pierwszy raz od naprawdę dawna. Zazwyczaj picie alkoholu jedynie utrudniało mu socjalizację, ale tym razem było inaczej. Można by doszukiwać się powodów w dobrym drinku, ale prawda była zgoła inna. Po prostu potrzebował odpowiedniej osoby, przed którą będzie mógł się otworzyć. Kto by pomyślał, że okaże się nią przypadkowo spotkana w szpitalu Vior.
— Brzmi jak spore wyzwanie — przyznał, zerkając na nią z lekkim rozbawieniem. — Na Twoje nieszczęście, obsługiwałem całkiem sporo upartych dzieci i staruszków, także mam spore doświadczenie w przekonywaniu. Poza tym naprawdę odmówiłabyś swojemu ulubionemu lekarzowi? — dodał jeszcze, posyłając jej przy tym oskarżycielskie spojrzenie. Starał się przy tym zabrzmieć poważnie, ale wyszło mu to raczej mizernie. Co poradzić, miał zbyt dobry humor, żeby skupiać się na negatywnych emocjach. Tych miał w nadmiarze na co dzień.
— Jeśli liczysz na jakieś ciekawe historie, to raczej się rozczarujesz. Moje życie nie jest szczególnie ciekawe. Ostatnimi czasy w sumie nie wychodziłem nigdzie indziej niż do pracy. No, poza dzisiaj — rzucił, drapiąc się przy tym po policzku. Zazwyczaj nie miał problemów z opowiadaniem o swojej pracy, bo naprawdę ją lubił, ale przy niej było mu trochę głupio. Bo czy dało się ich w ogóle porównywać? On godzinami ślęczał za biurkiem w Mungu, podczas gdy ona żyła pełnią życia. Chyba dlatego jej dalsze słowa odebrał jako mały żarcik. Nie widział bowiem żadnej możliwości na to, żeby się nią znudzić. Jego spojrzenie mówiło zresztą wszystko. Był nią oczarowany.
Rzut na percepcję
Rzut Z 1d100 - 25
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Nie czuł się jakoś bardzo pewnie w tej naprędce wymyślonej grze, ale nie chciał się wycofywać. Szczególnie dlatego, że naprawdę podobały mu się konsekwencje wygranej. Przegranej w sumie też. Naprawdę nie miał nic przeciwko kolejnemu wspólnemu wypadowi. Jego spojrzenie padło w końcu na siedzącego przy drzwiach wejściowych mężczyznę, który popijając piwo, zerkał w stronę siedzącej stolik obok kobiety. Nie szła za tym jednak żadna logika, po prostu tak mu się pomyślało. — On i.... ona — rzucił niepewnie, wskazując jej swoje cele. Cholera, nie spodziewał się, że zwykła zabawa może być tak stresująca.
— Ciężko mi się z tym kłócić. Masz rację, ale nie zawsze logika wygrywa z praktyką. Ostatnie miesiące chyba dla każdego były ciężkie. Całe to wzburzenie w społeczeństwie i podziały. Do Szpitala trafia coraz więcej ludzi, ale ilość pracowników się nie zwiększa. Mógłbym iść do domu o równej godzinie, ale... czułbym się z tym po prostu źle. Nie mógłbym zasnąć ze świadomością, że zostawiłem kogoś w potrzebie — odpowiedział zaskakująco szczerze, posyłając jej przy tym nieco zamyślone, smutne spojrzenie. Dalej nie potrafił zrozumieć tego, że istnieli ludzie, którzy chcieli krzywdzić innych dla głupich idei takich jak czysta krew. — Poza tym. Jeśli zasnę na ławce pod Szpitalem, łatwiej będziesz mogła mnie stamtąd zabrać, prawda? — dodał jeszcze, chcąc rozbić ponury nastrój, który nagle wprowadził do ich rozmowy.
Temat pomysłu na biżuterię skomentował jedynie kiwnięciem głowy. Naprawdę chciał coś u zamówić, ale jego kreatywność twórcza była wręcz okropna. Nie potrafił wymyślić niczego, co warte byłoby jej czasu.
— Jak duży wpływ na zostanie Twoim ulubionym lekarzem miał fakt, że dałem ci eliksir o smaku pomarańczy? — rzucił nagle, ciekaw jej reakcji.
Im dłużej myślał o Hogwarcie, tym mniej pewnie czuł się ze stwierdzeniem, że chciałby tam wrócić. Tak właściwie to jego aktualne życie nie było takie złe, zwłaszcza dzisiaj. — Jeśli tak stawiasz sprawę... W sumie to też nie chciałbym wrócić do pisania esejów. Nie, żebym nie lubił tego robić, ale, hm. Nie brakuje mi tego? — odparł, z lekkim zaskoczeniem odnotowując jej propozycję. Tak, policzki znowu mu poczerwieniały. — Wybrać się do Hogsmeade? Tak, możemy. Bardzo chętnie — wyrzucił to z siebie na jednym wydechu, unikając przy tym kontaktu wzrokowego.
W takim razie możemy po prostu wykorzystać go jak najlepiej — powtórzył w myślach, bijąc się z samym sobą. Tak po prawdzie to już teraz czuł się szczęśliwy, ale nie chciał wyjść przed nią na nudziarza. Chyba dlatego przystał na jej propozycję bez większego zastanowienia. Idąc za jej przykładem, wypił drinka na raz, po czym wstał od lady. Był to mały błąd. Na krótką chwilę odebrało mu oddech, a płuca zapłonęły. Wybiło go to z rytmu i prawie wywrócił się o pobliskie krzesło. Ostatecznie udało mu się ustać, chociaż oddech odzyskał dopiero po kilku chwilach.
— Z Tobą? To będzie przyjemność — rzucił w końcu, po czym chwycił ją za dłoń i ruszył w stronę prowizorycznego parkietu. Pierwsze kroki były nieco chwiejne, ale pijany Cedric miał w sobie zaskakująco dużo gracji. Pomagało mu też obserwowanie ruchów Vior, które starał się naśladować.
Rzut na aktywność fizyczną
Rzut O 1d100 - 48
Slaby sukces...
Slaby sukces...