Jak sięgał pamięcią to mógł odnieść wrażenie, że sam Laurent się nieszczególnie się zmienił pod względem fizycznym pomimo tego, że przybyło mu parę lat. Mógł zastanawiać się, jak bardzo zmienił się pod względem swojego charakteru, jednak to niewiele by mu dało - nie poznał go na wylot aby móc dostrzec wszelkie podobieństwa i różnice. Upływ czasu sprawiał, że wszystko ulegało zmianom - to dotyczyło również nich samych. On już nie był tym samym człowiekiem, który tamtego dnia przekroczył próg tamtej łazienki i który przez to stał się świadkiem niecodziennej sceny z udziałem Laurenta i samej Jęczącej Marty.
— W takim razie doskonale się składa. Do biblioteki mogę podejść później albo następnego dnia. — Postanowił wyrazić swoje zadowolenie z faktu, że jednak Laurentowi nigdzie się nie śpieszy. W późniejszych godzinach, jak i następnego dnia gmach biblioteki nie zawali się i wszystkie zgromadzone tam księgi będą na niego czekać. Natomiast spotkanie dawno niewidzianego znajomego z czasów szkolnych, w dodatku takiego, z którym nie spędziło się całego okresu nauki to okazja, której nie zamierzał zmarnować. Była to doskonała sposobność do poznania kogoś lepiej i nawiązania przyjaźni.
— Jeśli będziemy się do tego stosować to nie grozi nam powódź. — Postanowił jeszcze przez moment pociągnąć ten żart, samemu nawiązując do powodzi w łazience. Zawtórował śmiechem blondynowi. Leon z zasady unikał wszelkich naturalnych zbiorników wodnych, wzbraniając się przed pływaniem. W jego przypadku wszelkie aktywności nie były wskazane, do czego musiał się dopasować.
Jego uwadze nie uszło to, że Laurent postanowił się rozejrzeć po tym miejscu. Gdyby zdołał poznać go znacznie lepiej i gdyby byli faktycznie umówieni na tego typu spotkanie po latach to być może udałoby mu się znacznie lepiej wybrać miejsce. Teraz jednak Fontanna Szczęśliwego Losu musiało wystarczyć, tym bardziej że ich spotkanie należało do przypadkowych. Nie dało się też nie dostrzec, że sam Laurent zdawał się preferować ekstrawagancki ubiór, zdający się nie pasować do lokalu, w którym się znajdowali. Poza tego rodzaju dyskretnym spostrzeżeniem, nie zamierzał wygłosić jakiejkolwiek uwagi pod adresem swojego towarzysza. O gustach się nie dyskutowało.
— Długo zastanawiałem się nad tym co chcę robić i postanowiłem spróbować swoich sił w tym właśnie departamencie, na razie wyłącznie biurowo. Jeśli uda mi się zostać egzorcystą i przypadnie mi to do gustu to prawdopodobnie zagrzeję tam miejsce na dłużej. Może... w przyszłości przyjmą mnie do Departamentu Tajemnic. — Obejmując dłońmi kufel pełen kremowego piwa dzielił się ze swoim znajomym (to określenie wydawało mu się właściwe). Gdyby mieli okazję się spotkać więcej, niż ten raz, to może nawet Laurent stałby się jego przyjacielem. — Przynależę również do Spectrum, zgodnie ze swoimi zapatrywaniami zawodowymi. Podchodzę jednak z pewną rezerwą do wywoływania duchów. Niektórym przepowiadam też przyszłość. — W jego ustach to mogło zabrzmieć jak próżne przechwałki, jednak tak naprawdę był daleki od tego. To, o czym teraz opowiadał, stanowiło istotną część jego jestestwa. Mieli omówić swoje życie po ukończeniu Hogwartu i w tym aspekcie nie zamierzał nic ukrywać.
— Poniekąd, stawiałem w tamtym czasie pierwsze kroki w tym kierunku. Moja matka, oprócz bycia nauczycielką wróżbiarstwa, jest także spirytystką. Uczyłem się od niej. Zacząłem chodzić od Hogwartu w 1955 roku, a ty? Znajomości zawieramy na przestrzeni całego swojego życia i to nic straconego. — Bardzo dobrze pamiętał, że podczas ich pierwszego spotkania uraczył tego blondyna opowieściami o duchach-rezydentach Hogwartu. Przez bycie synem tak wybitnej czarownicy mógł uczyć się od najlepszych - od swojej matki. Dużo opowiadał o sobie - szybko się poczuł swobodnie w towarzystwie kogoś, kto chciał go wysłuchać. On również chciał lepiej poznać tego blondyna, tym bardziej, że spotkali się na całkiem neutralnym gruncie.
— Niektóre duchy są naprawdę groźne, zwłaszcza jeśli dojdzie do opętania. Tak samo jak poltergeistów... sam zapewne nieraz miałeś styczność z Irytkiem. Obrzucanie kredą, wysypywanie zawartości koszy na śmieci czy łapanie za nosy... i tak dalej. Jestem jednak zdania, że to także pomoc dla duchów, które nie mogą dostać się na drugą stronę. — Postanowił podzielić się z Laurentem swoim spostrzeżeniem na temat dusz. Ono zostanie zweryfikowane przez rzeczywistość, jeśli naprawdę uda mu się zostać egzorcystą. Przelotnie wspomniał Jęczącą Martę, która umarła jako uczennica i na zawsze pozostawała związana z tym zamkiem. Nie uszedł jego uwadze błysk w oku, towarzyszący temu uśmiechowi. Teraz to on uśmiechnął się z lekkim zmieszaniem, bo wyznawane przez niego poglądy mogły sprawić, że będzie postrzegany jako dziwak.
— Słyszałem o tym, że twoja rodzina prowadzi hodowlę abraksanów i prowadzi interesy związane z wyścigami konnymi. Dbanie o rodzinny interes to naprawdę pewne i odpowiedzialne zajęcie. — Co prawda, zauważył przebłysk dumy w spojrzeniu i uśmiechu Laurenta, jednak czegoś mu tutaj zabrakło. Laurent nie musiał opowiadać tak wyczerpująco, jak on to zrobił o swoim życiu po ukończeniu Hogwartu, jednak dla niego tak szczegółowa opowieść stanowiła wyznacznik pasji. Nie potrafił zaprzeczyć temu, że Laurent nie odczuwa tego względem swojego udziału w rodzinnych przedsięwzięciach. Tym, co skłaniało go ku rozważaniom tego typu, było to, czy za tym nie stała wola jego rodziny i wypełnianie narzuconej mu roli. W czystokrwistych rodzinach to było na porządku dziennym - wykonanie wybranego przez ojca zawodu i zawarcie korzystnego dla rodu małżeństwa. Pytaniem, na które nie znał odpowiedzi, było to, czy Laurent naprawdę chciał to robić w swoim życiu. Jego przyszłość była dla niego niejasna. W tym momencie przynajmniej.
— Wydajesz się bardzo lubić pracę z tymi stworzeniami, pomimo tych wszystkich trudności... a może właśnie dlatego. Nic co dobre przecież nie przychodzi łatwo. — Odezwał się po chwili, posyłając mu szczery uśmiech. Jego przemyślenia nie miały tutaj nic do rzeczy. Niegrzecznie byłoby poruszać ten temat.