Zamruczała pod nosem, dając Saurielowi znak, że słucha go i jest myślami przy nim; bo faktycznie słuchała, chociaż niekoniecznie miała coś sensownego do powiedzenia. Po prostu przyjęła do wiadomości jego odpowiedź. Wiedziała, czym są Podziemne Ścieżki. Cholera, jedno z jej wspomnień oscylowało wokół ścieżek, że wszyscy jej bliscy czy znajomi wyjechali z miasta albo przenieśli się na ścieżki. Wiedziała też, o jakim bliskim kumplu mówił Sauriel, no mógł mówić tylko o jednym, chyba, że to kolejna rzecz, jakiej nie wiedziała o tajemniczym Rookwoodzie (wszak dzisiaj poznała jego dwie znajome, o których wcześniej nie usłyszała ani jednego napomknięcia, nie tak?).
– Czyli to tym się zajmuje? – szukała jakby potwierdzenia dla swoich myśli, czy to o tego kumpla chodzi… – Cała ekipa? – powtórzyła za nim, no bo… co ona wiedziała o jakiejś ekipie? Nic. Zawsze słyszała tylko o Norze, o Fergusie, o tym, że był w kurwę sam, że nie miał na kogo liczyć. Chyba zupełnym przypadkiem postanowił jej „przedstawić” Stanleya, którego już oczywiście znała, tylko nie wiedziała, że się przyjaźnią. Tak czy siak, czuła taką swędzącą chęć, by unieść dłoń i pogłaskać go czule po policzku, dać znać, że go słucha, że słyszy, że myśli o tym, co mówi. Zwłaszcza o tym „czymś się zająć, wiesz…”. – Wiem – powiedziała cicho, miękko. Wiedziała, przecież dlatego wychodziła z siebie, żeby znaleźć mu jakieś zajęcie po tej niechlubnej, nieudanej (na całe szczęście) próbie. I dlatego przecież nie pytała, nie zagajała tematu, dając mu zagoić rany… Ale kiedyś pewnie będą musieli porozmawiać? O ile Matka na to pozwoli, jeśli da jej czas i nie rozłączy ścieżek, jakimi kroczyli, bo powinni porozmawiać o tym co się stało, co do tego doprowadziło, dlaczego. Zagłuszanie może i działało dobrze – na krótką metę. Ale później… Później wszystko wracało i dawało takiego kopniaka, że… Że chciał ze sobą skończyć. To wcale nie wyszłoby nikomu na lepiej.
– Głuptas – zdołała mu tylko powiedzieć, gdzieś tam rejestrując resztę wypowiedzi. Raz tak, raz siak… Ale to przecież nie było dobre. Nie mogło być dobre. Pogrążanie się w tych odcieniach szarości, malowanie nimi swojego świata. A ta nadzieja gdzieś tam ciągle była i czekała, aż ją w końcu odkryje, podniesie tę poduszkę, którą docisnął do niej, by zasłonić jej światło i pogrążyć się w tej ciemności, pozornie tylko miłej. Przecież pamiętała, jaki wydawał się być rozluźniony, szczęśliwy niemal, gdy zorganizowała dla niego całe wyjście w dzień na łąkę, by mogli (by on mógł!) pooglądać zaćmienie słońca.
– Moody jest w porządku – odparła, bo akurat lubiła swoją szefową. Była konkretna, owszem, od czasu Beltane zachowywała się dziwnie, ale ostatecznie… ona też miała swojego szefa. Rozumiała, że to nie od Moody zależało wiele spraw (choć dużo akurat tak), jak na przykład ilość patroli na Beltane i to, że ludzie byli przydzieleni nie tam gdzie trzeba, czyli na sabacie – to zdaje się nie do końca leżało w gestii Moody czy Bonesa… oni dostali wytyczne z ilością ludzi. Ale to Moody przyklepywała jej wnioski o urlopy, jak na przykład ten na wyjazd do Afryki. Jakby wrzucili tutaj wiecje ludzi i nie dali jej urlopu, to jednak zrobiłaby o to raban… Jakkolwiek uważała Harper za dobrą szefową, to każdy miał swoje granice. – Ale też ma urwanie głowy po Beltane. Wszyscy mamy – nie musiała mu tego mówić, przecież to WIEDZIAŁ. WIDZIAŁ to na własne oczy, a niedługo miał się przekonać na własnej skórze, gdy Victoria pośle do niego na szybko napisany list i zniknie na… dzień? Dwa? Nie zdążyła mu jednak odpowiedzieć na te zakłady, ani nic więcej, bo…
Bo wiadomo.
Oczywiście nie dostrzegła tego ucieszonego uśmieszku Sauriela i po prostu polegała na nim, że ją odprowadzi do jakiejś wolnej ławeczki, a ona skupiała się bardzo na tym, żeby nie wypuścić koszyka, żeby iść prosto… żeby po prostu iść. Złapała się koszuli Rookwooda i puściła go dopiero, gdy usadził ją na ławce. Starała się delikatnie odłożyć koszyk na miejsce obok niej, a Kwiatuszek za chwilę ciekawsko wystawił łebek i położył łapki na krańcu koszyka.
[a]Pokręciła głową w zaprzeczeniu i pomyślała sobie, że to był chyba błąd.
– Nie, nie… Posiedzę sobie… przejdzie. Wypiłam wcześniej wino – przyznała się nieśmiało. Błogo nieświadoma, że Sauriel myślał o tym, żeby skasować ją na hajs. A ona ani chwili nie myślała, żeby z niego zdzierać kasę, kiedy zbierała go pobitego i rannego z Pokątnej do swojego mieszkania po tym, jak po przyćpano. Pewnie przykro by jej się zrobiło. – Ale jesstem żałossna – mruknęła, patrząc na swoje dłonie, gdy tak siedziała, usiłując siłą woli zmusić swoje ciało do współprac y i szybkiego dojścia do siebie. Ale na pewno już nic dzisiaj nie wypije. Ale żałosna była – żeby jeden kieliszek tak jej uderzył do głowy… I siedząc tu nawet nie wiedziała kiedy skończyło się to przedstawienie na scenie.