19.06.2024, 09:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.06.2024, 09:24 przez Lorien Mulciber.)
Stoisko Mulciberów
Czego jak czego, ale zachowania resztek instynktu samozachowawczego panu Mulciberowi odmówić nie można było. Cokolwiek myślał o bardzo gustownej ozdobie wybranej mu przez żonę, zachował dla siebie. I chwała mu za to, bo zdobycie się na miłe gesty czy sprawianie komukolwiek prezentów nie przychodziło Lorien zbyt łatwo. Komentarze na ten temat mogłyby się spotkać z typową kobiecą obrazą majestatu, oświadczeniem, że w takim razie niech robi co chce, bo po co w ogóle się starać, a w najgorszym (albo i najlepszym) wypadku - po prostu by go tutaj zostawiła na pastwę losu i reszty rodziny.
Czy spodziewała się tak wyczuwalnej wrogości wobec Richarda? Nie. Dlatego przez parę sekund wpatrywała się w męża z czystym niedowierzaniem.
- Robercie…- Rzuciła tylko ostrzegawczo. Mogła nie przepadać (delikatnie mówiąc) za swoim szwagrem, ale kiermasz pełen ludzi nie był miejscem na tego rodzinne spięcia. Nie byli już dziećmi, naprawdę z kolejnymi awanturami mogli się wstrzymać do czasu powrotu do domu.
Nie podobała jej się też inna kwestia, na którą nikt z obecnych najwyraźniej nie zwrócił uwagi.
Zachowywali się jakby Robert był starym, zmęczonym dziadkiem, którego serduszko nie wytrzymało presji chwili. Ostatnią rzeczą jakiej ona teraz potrzebowała było uznanie męża za słabego i schorowanego.
Limit umierających w ich małżeństwie został wyczerpany.
- Czujesz się tak słabo, żeby wracać do domu? Potrzebujesz odpocząć? - Zapytała na pozór nonszalancko, kładąc jednak nacisk na odpowiednie słowa. Odpowiednio akcentując zdania, by jasno wybrzmiał podtekst “skoro nie wybierasz się na drugą stronę - lepiej zaciśnij zęby”. Naprawdę miała go uczyć jak zachować twarz w takiej sytuacji?
Nawet jeśli z zewnątrz wyglądała jak zmartwiona żona, to przecież kiedy Bogini Matka rozdawała empatię, Lorien stała w innej kolejce. Może po swój niewątpliwy urok osobisty albo łagodną, kobiecą naturę? Tak czy inaczej, gdy już zyskała pewność, że Robert jednak będzie żył i nie wykorzysta głupiego ataku czy innego zawału jako szansy na lukę prawną jaką było “póki śmierć nas nie rozłączy” - wrócił też i pragmatyzm.
Gdyby chodziło o kogokolwiek innego zapewne prychnęłaby pod nosem coś co brzmiałoby jak “È così patetico”, ale w tym przypadku ograniczyła się tylko do wymownego spojrzenia.
Niemal bezwiednie przeniosła spojrzenie na Notta, któremu aktualne udzielano pomocy. Jeśli złapała gdzieś po drodze spojrzeniem Basilliusa, posłała mu tylko wdzięczny uśmiech. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. To nie zdarzało się zbyt często.
- Panie Nott, godzina jeszcze taka młoda, a Lammas zdarza się raz do roku. Rezygnować z sabatu przez rozbity nos? - Powiedziała na tyle głośno, żeby Philip ją na pewno usłyszał. Chociaż cholera wie, może miał wstrząśnienie mózgu? Ale skoro medyk go zostawił niemal od razu w spokoju, najwyraźniej problem nie był aż tak dotkliwy jak próbował to nakreślić sam poszkodowany.
Jak o cięższych przypadkach mowa - dopiero teraz skupiła się na wracającej do żywych Sophie. Rudowłosa nie wyglądała za dobrze. Ale jako jedna z nielicznych, akurat ona naprawdę nie mogła sobie pozwolić na powrót do domu czy wizytę w Mungu.
Kolejna mała, bolesna lekcja odpowiedzialności.
Gdyby nie fakt, że podejrzewała, że Robert nie ma pojęcia o stoisku obok - pewnie przywołałaby do siebie pasierbicę, otrzepała jej sukienkę z kurzu, otarła brudny od upadku policzek i posłała z powrotem do Lyssy. Chciałaś mieć biznes, pracuj na niego. A tak - Lorien uznała, że lepiej w tą kwestię nie ingerować zbyt mocno.