Naprędce stworzona maska do oddychania pod wodą miała wiele niedociągnięć. Zupełnie zrozumiała sprawa. Nawet jakby miał czas, to wytworzony przedmiot pewnie pozostawiałby wiele do życzenia, jako że był pierwszym takiego rodzaju projektem rzemieślnika. Spełniała jednak najważniejszą funkcję, w tamtym momencie krytyczną - umożliwiała filtrowanie powietrza z wody. Teraz pomysły na usprawnienia pchały się do głowy same. Maska wyglądała nieco jak drewniany kaganiec zakrywający usta i nos. Szczelnie i... no właśnie, niewidocznie. Uniemożliwiało to chociażby to, co robiła Gerry - przekazywanie słów za pomocą samego ruchu warg. Rowle wiedział już, że w kolejnym projekcie skorzystałby ze szkła, by twarz była wciąż widoczna, a "filtr" umiejscowiłby nie naprzeciwko ust, a poniżej ich - skierowany do dołu, a nie naprzeciw. W ten sposób usta byłyby widoczne. Właściwie... on mógł też mówić, ale dźwięk był zagłuszany przez maskę, a później rozbijał się w wodzie na tyle, że nie było sensu nawet próbować mówić.
Domaganie się uwolnienia przez trytona nie napawało Esmé pewnością siebie, bo istota wydawała się być zaślepiona emocjami. W kontaktach z takimi osobnikami, jakkolwiek nie było to ciekawe, to pozostawało to bardzo niebezpieczne. Szczególnie, gdy mowa o magicznych stworzeniach. Wystarczył odpowiedni bodziec, by sojusznik stał się oponentem. Ale kaletnik nie potrzebował dodatkowej pewności siebie - tej własnej miał wystarczająco, by nie zawahać się przy uwalnianiu i rzucaniu zaklęcia.
Jednak los zdecydował inaczej. Zaklęcie... nie powiodło się? Transmutacja rzadko, bardzo rzadko go zawodziła, ale prawdę mówiąc - pierwszy raz korzystał z niej pod wodą, w takich warunkach. Naturalnie rzemieślnik z uporem maniaka próbowałby udowodnić losowi, że jego decyzje chuja nic nie znaczą, a to on decyduje co pozostaje rzeczywistością, a co nie, lecz... Esmé traktował Los jak człowieka. Jak swojego wroga, który nie chce go zabić, ale chcę go dręczyć. Chcę mu udowadniać, że ten jest śmieciem, że jest nic nie warty. I że powinien się podporządkować. Rowle zaś robił wiele, by pokazać, że mimo usilnych starań, Los nie decyduje o nim. Czasami sprowadzało się to do durnych zachowań - do traktowania Losu za bardzo jak człowieka. Teraz, widząc jak zaklęcie zawiodło, a tryton wciąż tkwił za kratami mimo starań Czarodzieja... ten wzruszył ramionami, jakby po prostu się pogodził z tym wynikiem. Tryton jednak nie zostanie uwolniony. Los, według Esmé, czasami liczył na to, że ten będzie się stawiał, rzucał i w ten sposób chciał go manipulować, ale w tym schizofrenicznym światopoglądzie Rowle wiedział, kiedy zachować się inaczej, niżeli zazwyczaj. Wszystko po to, by być... niezależnym. Niemożliwym do kontroli.
Specyficzny brat Geraldine zaczął próby rozmowy z trytonem. Wciąż zagadkowym pozostawało jakim cudem nic mu nie jest pod wodą, bez tlenu i dlaczego właściwie jest jak... ryba w wodzie. Chyba nawet Laurent bez przemiany nie był tak odporny na niezwyczajne ludziom środowisko podwodne. Kaletnik odsunął się na bok, chowając różdżkę do swej "kabury", bo jak się okazywało - pod wodą lepiej radził sobie korzystając z wszystkiego, oprócz magii. Nawet sztylet, którego pierwszy raz używał wedle przewidzianych zastosowań, okazywał się nadzwyczaj skuteczny. Pytania Yaxleya... były rozsądne, ale... co ich to obchodziło? Jasne, nadzwyczaj intrygującym było zamieszać się w te nieznane sprawy i gdyby tylko Esmé narażał tym samego siebie, to bez milisekundy zastanowienia rzuciłby się w pogoń za tamtą trytonką tylko po to, by zobaczyć gdzie go doprowadzi. By móc.... namieszać. W swoim życiu. O to mu chodziło najbardziej - by przełamywać marazm. Teraz jednak, mając ze sobą nie tylko Gerry ale już raz schwytanego jej brata, to niezbyt w głowie było mu igranie z politycznymi przepychankami wśród trytonów. Nie jego piaskownica i nie jego zabawki.
No dobrze, ale co teraz? Będą go wypytywać, a jak dowiedzą się wszystkiego to co? Ruszą na tą całą Adrię? Albo spróbują od razu rozwiązać problem trucizny? Czy jednak po zebraniu informacji zaraz wyruszą na powierzchnie? Jako że komunikacja od Esmé praktycznie nie była w stanie wyjść, to też oczekiwał na komunikację do niego. Jak dobry żołnierz - oczekiwał rozkazów, a teraz pełnił coś na wzór warty, uważnie przyglądając się wszystkim wejściom do pomieszczenia, w którym się znajdowali, by w razie czego zdążyć zareagować. Jakkolwiek miałaby wyglądać ta reakcja.