20.06.2024, 00:37 ✶
Szarość opadła na krzykliwe barwy kurtyną mgły, spowijając otoczenie grubym materiałem londyńskiego kurzu. Bruk skropiony deszczem miał charakterystyczny zapach niezeskrobanych ze ścian i innych powierzchni miasta odcisków palców martwych już ludzi. Ciemnokobaltowewe niebo było w stolicy po prostu brudnobrązowe, a kojący błękit spływał szarością deszczowych chmur.
Witraże zniknęły, a przestrzeń, pomimo iż zrobiła się bardziej otwarta, zmniejszyła się, zataczając koło; Oleander wiedział, że nie ważne którą drogą podąży i tak znajdzie się właśnie w tym miejscu, w którym aktualnie stał. Muzyka w jego głowie przyspieszyła, przez co nie mógł skupić się na reszcie zmysłów. Fortepian nie był już samotny, dołączyła doń orkiestra smyczkowa.
Duszący zapach alkoholu dziwnie go otrzeźwił. Wszystko wydawało się być na opak. Desmond wciąż był lakoniczny, nie będąc w stanie wypuścić z siebie odpowiednich słów; wypowiadane przez niego zdania kojarzyły się Oleandrowi z podszeptami i syknięciami, jakie bliskie można kierować w stronę osoby towarzyszącej na ważnym wydarzeniu, gdzie należy zachowywać się w bardzo sztywny sposób. Oleander nie musiał być upominany, ale i tak całe życie do tego zmierzał. Może właśnie dlatego te w połowie urywane myśli, wypowiadane doborem bardzo pokracznie dobieranego słownictwa, były tym, co doń przemawiało?
Gdy Desmond go objął, chciał się wzdrygnąć, ale szybko odkrył, że nie mógł się ruszyć. Poczuł się tak, jakby oblał go zimny pot, ale powierzchnia skóry pozostawała sucha. Intensywność uderzających go uczuć była gorętsza od promieni afrykańskiego słońca; gdy wyczekiwany moment dotyku powinien być ulgą, spływającą na twarz chłodną wodą po gęstym upale. Sprzeczne odczucia otuliły go kaskadą spadających gwiazd - każda z nich parzyła, a on nie mogł się odsunąć, uciec.
Twardość wykrochmalonej koszuli okalana była, teraz szarością spływającego po Crouchu matariału jedwabnego prześcieradła.
- Równie dobrze może dopiero co się zaczynać. Ta ulica to pożerający swój ogon wąż - dźwięki poruszyły jego grdykę bez wysiłku, wędrując w kierunku rozmówcy leniwie. Przeciwstawiały się twardości materiału, udowadniając swoją elastyczność i specyficzną wiotkość podsuwającą na myśl węża dusiciela, który zaraz zacznie zaciskać się wokół ofiary.
Poza wypowiedzeniem tych dwóch zdań, nie był w stanie wykrzesać z siebie nic więcej. Jego ruchy były podyktowane wolą Desmonda, ale Oleander nie był pewien czy irytuje go to z powodu nieporozumienia, jakie między nimi zawisło, a przez które przestali się do siebie odzywać, czy też apodyktyczny chłód sprawiał, że nogi same podążały za wyznaczanym kierunkiem.
Zechciał złapać go za twarz, przesunąć opuszkami palców po policzkach, skierować spojrzenie na siebie. 'Oni zawsze tu są' - 'Ale ja też', zapragnął dodać, ale żaden dźwięk nie wydobył się tym razem z jego gardła. Jednocześnie zauważył, że muzyka rozbrzmiewająca w jego głowie, powoli cichła. Jej ścieżka zarastała się oddalającym echem fletu i harfy.
W przeciwieństwie do Desmonda, wcale nie czuł zapachu psującego się mięsa. Zamiast tego w jego nozdrza wpadla charakterystyczna duszność dymu opiumowego. Chciał zakaszleć, ale nie mógł. Ostatkiem siły woli zacisnął dłoń na spiętych mięśniach ramienia Malfoya. Wcale nie chciał płakać, ale oczy zaczęły mu łzawić od ostrości nieistniejącego dymu; powoli wkradał się do płuc i wił tam gniazdo, zaciskując się na wnętrznościach.
Nigdy nie był pewien czy Desmond mógł wyczuć intensywność jego nastrojów. Zazwyczaj instynkt podpowiadał, że tak - znali się zbyt długo, aby mogło być inaczej. Aczkolwiek wątpliwosć wślizgiwała się do umysłu jak kot wracający z nocnej przechadzki. Z początku bezszelestnie, aby później zrzucić najładniejszy i najdroższy wazon w całym domu, beznamiętnie patrząc jak jego ostre odłamki kaleczą dłonie.
Przez ostatnie pare tygodni pragnął znaleźć się obok Desmonda. Nie mógł poradzić sobie z narastającą nienawiścią skierowaną ku samemu sobie, ku swojej głupocie i bezmyślności, które naraziły ich relacje. Czy miał na wieczność dusić się swoimi własnymi uczuciami? Zacisnął palce mocniej na ramieniu blondyna, przez co ten mogł poczuć ciepło bijące od emocji Oleandra; nie było jednowymiarowe, miało w sobie żar, który bardzo łatwo mógłby przerodzić się w ogień trawiący największe i najdostojniejsze lasy.
- Czasami wydaje mi się, że już jesteśmy w piekle - wychrypiał, nagle tracąc jedwabność tonu.
Odetchnął, czując jedynie posmak dymu w ustach. Coś załąskotało go w nos, przez chwilę chciał kichnąć. Zaraz jednak zorientował się, że pomiędzy dziwną lepkością przestrzeni, w jakiej się znaleźli, z góry zaczęły opadać czarne łabędzie pióra. Wyciągnął wolną dłoń i ujął nią jedno z nich przysuwając do piersi, brudząc czarną, lepiąca mazią palce i jedwabny materiał.
Witraże zniknęły, a przestrzeń, pomimo iż zrobiła się bardziej otwarta, zmniejszyła się, zataczając koło; Oleander wiedział, że nie ważne którą drogą podąży i tak znajdzie się właśnie w tym miejscu, w którym aktualnie stał. Muzyka w jego głowie przyspieszyła, przez co nie mógł skupić się na reszcie zmysłów. Fortepian nie był już samotny, dołączyła doń orkiestra smyczkowa.
Duszący zapach alkoholu dziwnie go otrzeźwił. Wszystko wydawało się być na opak. Desmond wciąż był lakoniczny, nie będąc w stanie wypuścić z siebie odpowiednich słów; wypowiadane przez niego zdania kojarzyły się Oleandrowi z podszeptami i syknięciami, jakie bliskie można kierować w stronę osoby towarzyszącej na ważnym wydarzeniu, gdzie należy zachowywać się w bardzo sztywny sposób. Oleander nie musiał być upominany, ale i tak całe życie do tego zmierzał. Może właśnie dlatego te w połowie urywane myśli, wypowiadane doborem bardzo pokracznie dobieranego słownictwa, były tym, co doń przemawiało?
Gdy Desmond go objął, chciał się wzdrygnąć, ale szybko odkrył, że nie mógł się ruszyć. Poczuł się tak, jakby oblał go zimny pot, ale powierzchnia skóry pozostawała sucha. Intensywność uderzających go uczuć była gorętsza od promieni afrykańskiego słońca; gdy wyczekiwany moment dotyku powinien być ulgą, spływającą na twarz chłodną wodą po gęstym upale. Sprzeczne odczucia otuliły go kaskadą spadających gwiazd - każda z nich parzyła, a on nie mogł się odsunąć, uciec.
Twardość wykrochmalonej koszuli okalana była, teraz szarością spływającego po Crouchu matariału jedwabnego prześcieradła.
- Równie dobrze może dopiero co się zaczynać. Ta ulica to pożerający swój ogon wąż - dźwięki poruszyły jego grdykę bez wysiłku, wędrując w kierunku rozmówcy leniwie. Przeciwstawiały się twardości materiału, udowadniając swoją elastyczność i specyficzną wiotkość podsuwającą na myśl węża dusiciela, który zaraz zacznie zaciskać się wokół ofiary.
Poza wypowiedzeniem tych dwóch zdań, nie był w stanie wykrzesać z siebie nic więcej. Jego ruchy były podyktowane wolą Desmonda, ale Oleander nie był pewien czy irytuje go to z powodu nieporozumienia, jakie między nimi zawisło, a przez które przestali się do siebie odzywać, czy też apodyktyczny chłód sprawiał, że nogi same podążały za wyznaczanym kierunkiem.
Zechciał złapać go za twarz, przesunąć opuszkami palców po policzkach, skierować spojrzenie na siebie. 'Oni zawsze tu są' - 'Ale ja też', zapragnął dodać, ale żaden dźwięk nie wydobył się tym razem z jego gardła. Jednocześnie zauważył, że muzyka rozbrzmiewająca w jego głowie, powoli cichła. Jej ścieżka zarastała się oddalającym echem fletu i harfy.
W przeciwieństwie do Desmonda, wcale nie czuł zapachu psującego się mięsa. Zamiast tego w jego nozdrza wpadla charakterystyczna duszność dymu opiumowego. Chciał zakaszleć, ale nie mógł. Ostatkiem siły woli zacisnął dłoń na spiętych mięśniach ramienia Malfoya. Wcale nie chciał płakać, ale oczy zaczęły mu łzawić od ostrości nieistniejącego dymu; powoli wkradał się do płuc i wił tam gniazdo, zaciskując się na wnętrznościach.
Nigdy nie był pewien czy Desmond mógł wyczuć intensywność jego nastrojów. Zazwyczaj instynkt podpowiadał, że tak - znali się zbyt długo, aby mogło być inaczej. Aczkolwiek wątpliwosć wślizgiwała się do umysłu jak kot wracający z nocnej przechadzki. Z początku bezszelestnie, aby później zrzucić najładniejszy i najdroższy wazon w całym domu, beznamiętnie patrząc jak jego ostre odłamki kaleczą dłonie.
Przez ostatnie pare tygodni pragnął znaleźć się obok Desmonda. Nie mógł poradzić sobie z narastającą nienawiścią skierowaną ku samemu sobie, ku swojej głupocie i bezmyślności, które naraziły ich relacje. Czy miał na wieczność dusić się swoimi własnymi uczuciami? Zacisnął palce mocniej na ramieniu blondyna, przez co ten mogł poczuć ciepło bijące od emocji Oleandra; nie było jednowymiarowe, miało w sobie żar, który bardzo łatwo mógłby przerodzić się w ogień trawiący największe i najdostojniejsze lasy.
- Czasami wydaje mi się, że już jesteśmy w piekle - wychrypiał, nagle tracąc jedwabność tonu.
Odetchnął, czując jedynie posmak dymu w ustach. Coś załąskotało go w nos, przez chwilę chciał kichnąć. Zaraz jednak zorientował się, że pomiędzy dziwną lepkością przestrzeni, w jakiej się znaleźli, z góry zaczęły opadać czarne łabędzie pióra. Wyciągnął wolną dłoń i ujął nią jedno z nich przysuwając do piersi, brudząc czarną, lepiąca mazią palce i jedwabny materiał.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦