20.06.2024, 23:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.06.2024, 23:41 przez Desmond Malfoy.)
Zdawał się usłyszeć niewypowiedziane słowa Oleandra. Przyjaciel był tutaj z nim, owszem, ale tylko tym jednym razem. Przez miesiące wędrował po tej przeklętej ulicy, po tym cuchnącym mieście, w zupełnej samotności. Z jakiegoś powodu ostatnia rozłąka doskwierała mu niepomiernie mocniej, niż ta trzykrotnie dłuższa, którą wymusiła na nich edukacja.
Jakże chciał mu uwierzyć, jakże chciał mu zaufać i poczuć tę ulgę, której nie poczuł jeszcze nigdy. Wiedział jednak, że to mrzonki. Naturą człowieka była walka o przetrwanie, w tym świecie nie było miejsca na prawdziwy odpoczynek. Ci, którym wydawało się, że kochali, kończyli zdradzeni, zranieni albo w infamii. Oleander sam zdążył się już o tym przekonać, dlatego Desmond nie miał pojęcia, dlaczego chłopak po raz kolejny zdecydował się obnażyć przed nim w podobny sposób.
Alabaster bliźniaczy do barwy fortepianowych klawiszy nadciągał z bezgranicznej pustki, prędko okazując się ciosami olbrzymiego zwierzęcia. Czarne ślepie utkwione między fałdami gruboskórnego pyska przyglądało się im z dziwnym błyskiem. W pewien sposób było to zabawne, że bestią, która zwiastowała początek końca, nie było nic innego, niż słoń.
Marszcząc brwi w obrzydzeniu, oderwał wzrok od wijącej się niesmacznie trąby i spojrzał w oczy Oleandra. Z nieprzyjemnym zaskoczeniem uświadomił sobie, że pamięta czasy, kiedy wcale nie były brązowe - nim poznał Mayę, były zielone.
Przez lata obserwował subtelne zmiany, które zachodziły w aparycji przyjaciela. Kiedyś nie był taki szczupły, nie był taki kruchy. Jego rysy twarzy stopniowo stawały się bardziej miękkie, jego cera - bledsza i bardziej delikatna. Na zdjęciach wyglądał inaczej. Zmieniał kształt tylko wtedy, kiedy spędzali czas razem. To było obrzydliwe, ale... pochlebiało mu. To wieloletnie kłamstwo łechtało jego ego. Szkoda, że nikt, na komu mu zależało, nie zrobiłby dla niego czegoś takiego. Jednak czyż Oleander nie mógł stać się kimkolwiek? Po to właśnie urodził się taki, jaki się urodził. To było jego przeznaczenie. Robił to wszystko dlatego, że podświadomie chciał być użyty w ten sposób. Dla niego to było tylko naturalne.
Nagle szala wagi ze szczękiem opadła o kilka cali.
Odetchnął ciężko, starając się odzyskać równowagę. Słyszał swoje przyśpieszone tętno, ale nie mógł wyłamać się z chłodnego letargu. Jakkolwiek przerażał go moment, w którym czas się kończył, przeżył go już tyle razy, że nie potrafił zareagować inaczej.
– Nie jeszcze nie jesteśmy. Ale. Ja niedługo będę musisz zejść stąd – Wypuścił talię Oleandra z ręki i zanurzył obie dłonie w kieszeniach swoich spodni. – Oni czekają tam na mnie. Aż upadnę.
Znudzony wyciągnął z kieszeni ręce pełne galeonów, cisnął monetami w ciemność.
– Zawsze próbuję ale pieniądze wcale. Nie ważą aż tyle. I nigdy się nie kończą – wyjaśnił szeptem.
Oleander zauważył, że szalka pod nimi ciągnęła w dół powolnym, statecznym tempem.
Jakże chciał mu uwierzyć, jakże chciał mu zaufać i poczuć tę ulgę, której nie poczuł jeszcze nigdy. Wiedział jednak, że to mrzonki. Naturą człowieka była walka o przetrwanie, w tym świecie nie było miejsca na prawdziwy odpoczynek. Ci, którym wydawało się, że kochali, kończyli zdradzeni, zranieni albo w infamii. Oleander sam zdążył się już o tym przekonać, dlatego Desmond nie miał pojęcia, dlaczego chłopak po raz kolejny zdecydował się obnażyć przed nim w podobny sposób.
Alabaster bliźniaczy do barwy fortepianowych klawiszy nadciągał z bezgranicznej pustki, prędko okazując się ciosami olbrzymiego zwierzęcia. Czarne ślepie utkwione między fałdami gruboskórnego pyska przyglądało się im z dziwnym błyskiem. W pewien sposób było to zabawne, że bestią, która zwiastowała początek końca, nie było nic innego, niż słoń.
Marszcząc brwi w obrzydzeniu, oderwał wzrok od wijącej się niesmacznie trąby i spojrzał w oczy Oleandra. Z nieprzyjemnym zaskoczeniem uświadomił sobie, że pamięta czasy, kiedy wcale nie były brązowe - nim poznał Mayę, były zielone.
Przez lata obserwował subtelne zmiany, które zachodziły w aparycji przyjaciela. Kiedyś nie był taki szczupły, nie był taki kruchy. Jego rysy twarzy stopniowo stawały się bardziej miękkie, jego cera - bledsza i bardziej delikatna. Na zdjęciach wyglądał inaczej. Zmieniał kształt tylko wtedy, kiedy spędzali czas razem. To było obrzydliwe, ale... pochlebiało mu. To wieloletnie kłamstwo łechtało jego ego. Szkoda, że nikt, na komu mu zależało, nie zrobiłby dla niego czegoś takiego. Jednak czyż Oleander nie mógł stać się kimkolwiek? Po to właśnie urodził się taki, jaki się urodził. To było jego przeznaczenie. Robił to wszystko dlatego, że podświadomie chciał być użyty w ten sposób. Dla niego to było tylko naturalne.
Nagle szala wagi ze szczękiem opadła o kilka cali.
Odetchnął ciężko, starając się odzyskać równowagę. Słyszał swoje przyśpieszone tętno, ale nie mógł wyłamać się z chłodnego letargu. Jakkolwiek przerażał go moment, w którym czas się kończył, przeżył go już tyle razy, że nie potrafił zareagować inaczej.
– Nie jeszcze nie jesteśmy. Ale. Ja niedługo będę musisz zejść stąd – Wypuścił talię Oleandra z ręki i zanurzył obie dłonie w kieszeniach swoich spodni. – Oni czekają tam na mnie. Aż upadnę.
Znudzony wyciągnął z kieszeni ręce pełne galeonów, cisnął monetami w ciemność.
– Zawsze próbuję ale pieniądze wcale. Nie ważą aż tyle. I nigdy się nie kończą – wyjaśnił szeptem.
Oleander zauważył, że szalka pod nimi ciągnęła w dół powolnym, statecznym tempem.