Podczas gdy Fernah nie była dobra w pogawędkach, Robert nie był kimś, kto potrafi w relacje międzyludzkie. Nie bez powodu nie posiadał szerokiego grona bliskich znajomych. Na dłuższą metę ciężko było z nim wytrzymać. Sam oczywiście nie widział w tym problemu. Dużo bardziej odpowiadało mu towarzystwo własne niż innych. Rzecz jasna poza tymi kilkoma wyjątkami, które dałoby się zliczyć na palcach jednej dłoni. Cisza panująca w trakcie tych kilku minut, jakie dzieliły ich od sklepu Madame Malkin, nie przeszkadzała mu wcale. Wręcz przeciwnie. Dużo bardziej wolał to niż zbędnej rozmowy o rzeczach bez znaczenia, mało interesujących. Bo i o czym ciekawym mógłby rozmawiać z dzieckiem? O ostatnich zajęciach z eliksirów, które miały miejsce w Hogwarcie?
Kiedy dotarli na miejsce, stanął nieco na boku, sięgając po paczkę fajek, które jak zawsze trzymał w kieszeni spodni. Czekając na siostrę Fernah, chciał sobie na spokojnie zapalić. Okazja wydawała się do tego całkiem dobra. Jedyne, co zdążył zrobić, to umieścić papierosa pomiędzy wargami. Dziewczynka zjawiła się na miejscu.
Nie, żeby Robert się tym przejął.
Przyglądając się zachowaniu dziewczyn, jednym uchem słuchając wszystkiego tego, o czym mówiły, papierosa oczywiście zapalił. Zdążył się nawet na spokojnie zaciągnąć. Dwa razy. Kiwnął głową, kiedy Fernah wyjaśniła jego udział w tym wszystkim.
- Dzień dobry. - powiedział jedynie, nie tracąc czasu na nic więcej. Odsunął dłoń z papierosem od ust, wypuszczając z nich charakterystyczny siwy dym. Dla niektórych niezbyt przyjemny, a nawet drażniący.
Uniósł ku górze jedną brew, prawą, kiedy młodsza z dziewczyn przyznała się, że pamiętała na jego temat coś więcej; coś czego pamiętać raczej nie powinna. Zwłaszcza, iż przy wspomnianej awanturze nie powinno było być dzieci. W pomieszczeniu byli sami. Dobrze pamiętał tamten dzień. Nie był zupełnie bez znaczenia.
Widać czasem warto zadbać o większe środki bezpieczeństwa.
- Spokojnie, nie musisz jej uspokajać. - łaskawie machnął na to ręką. Już i tak było to bez znaczenia. Od tamtych wydarzeń minął kawał czasu. Dopalił papierosa, rzucił jego pozostałości na ziemie. Przydeptał. Czas się zbierać? Spojrzał raz jeszcze na uczestników marszu. Było lepiej. W okolicy panował już względny spokój.
- Nie trzeba. I na przyszłość bardziej na siebie uważajcie. - zareagował jeszcze na słowa Primrose, nie odwracając się w jej stronę. W zasadzie, to był już gotowy do drogi. Nawet więcej. Zrobił krok, jeden i drugi, oddalając się od sióstr. Ruszając w swoją stronę. Przez myśl mu tylko przeszło, że ich ojciec na pewno będzie zachwycony, kiedy dowie się kto udzielił im obydwu pomocy.
Sam by jej od Roberta nie przyjął. To pewne.