21.06.2024, 15:13 ✶
Cathal nigdy nie widział w Cynthii lodu: jedynie maskę, a może całą kolekcję masek, przybieranych na różne okazje i grę aktorską godną gwiazdy z teatru Selwynów. Jasne włosy Flintówny mogły sugerować, że gdzieś wśród jej babek czy prababek znalazła się jakaś wiła, ale nie przywodziły mu na myśl skojarzeń z baśniową królową, piękną, nieosiągalną i zimną, mknącą przez świat w ośnieżonych saniach.
Uważał jednak, że pieniądze, tytuły i krew miały dla niej znaczenie. Nawet jeśli sobie tego nie uświadamiała. Jak wiele kobiet czystej krwi było gotowych porzucić rodziny, dotychczasowe życie, wygody, pozycję, zrezygnować z bywania w towarzystwie i kupowania tego, na co masz ochotę, w imię miłości? Chociaż akurat pod względem czystej krwi Cathal nie był złym wyborem – nie był po prostu też wyborem dobrym.
Ale żadne z nich nie pakowało się w tej chwili przed ołtarz, a właśnie dlatego, jak mało znacząca była jego pozycja, zakładał, że kobieta prawdopodobnie po prostu dobrze bawi się w jego towarzystwie. W teorii mogłaby szukać informacji o wiosce, ale nie tak dawno temu nic nie wskazywało, że to bardzo duże odkrycie…
– Ciężko mi sobie ciebie wyobrazić na spacerze z psem – powiedział, spoglądając na nią i przez moment znów zawieszając się po swojemu, bo przed oczyma przelatywały mu te wszystkie spacery z Cavallem, kiedy ten pchał się w każdą błotnistą kałużę, tarzał w śmieciach, próbował ganiać okoliczne koty i chwilami ciągnął za smycz z taką siłą, że nawet Cathal, rosły mężczyzna, czuł to w ramieniu. Cavall był psem dużym i bardzo energicznym, jak okazało się po pierwszych dniach nieufności, w wyniku traumy po urazie i po koszmarze Beltane. – Był królem. Miał stajnię wypełnioną ogarami, końmi i sokołami myśliwskimi. W legendach najczęściej jednak pojawia się Cavall, jego ulubiony pies, który pomógł mu w polowaniu na wielkiego niedźwiedzia, Twrch Trwyth – wyrecytował Shafiq, kiedy ocknął się już z tego stanu zamyślenia i przynajmniej spróbował skupić się na kartach. Gdy te wracały w dłonie rozdającego spoglądał zresztą przez moment na nie, ale zaraz odwrócił wzrok.
Tak, liczył karty.
Nie, nie chciał dać się na tym przyłapać.
– Dlaczego miałbym nie chcieć zagrać następnej kolejki? – odparł pytaniem na pytanie, bo eliksir jeszcze szumiał mu w głowie na tyle, że był gotów grać dalej. Zresztą, ostatecznie, po to tutaj przecież przyszli. – Trzydzieści galeonów – dodał bez mrugnięcia okiem, rzucając na stół stawkę. Przez ułamek sekundy zresztą był bliski postawienia wszystkich sześćdziesięciu siedmiu, ale przyszło mu do głowy, że potem warto podbijać stawkę, jeżeli uzna to za stosowne. Zerknął jeszcze na moment na Flintównę, znów z pewnym rozbawieniem w oczach. Zastanawiał się trochę, na ile niektóre jej gesty – to jak się poruszała, jak zarzucała nogę na nogę, jak bawiła się włosami – są wykalkulowane, na ile naturalne, a na ile są… swego rodzaju kalkulacją, która weszła jej już w krew.
A potem spojrzał w swoje karty. I chociaż powinien zachowywać pokerową twarz, to przez całą rozgrywkę zdawał się raczej rozbawiony, jak i podczas poprzedniej partii. Chyba przez ten drobny dodatek do podanego mu eliksiru, nie potrafił teraz być poważny, chociaż przecież zwykle wcale nie był żartownisiem, a poczucie humoru wyłaziło z niego raczej okazyjnie niż na co dzień i głównie wtedy, kiedy akurat się mu chciało.
Uważał jednak, że pieniądze, tytuły i krew miały dla niej znaczenie. Nawet jeśli sobie tego nie uświadamiała. Jak wiele kobiet czystej krwi było gotowych porzucić rodziny, dotychczasowe życie, wygody, pozycję, zrezygnować z bywania w towarzystwie i kupowania tego, na co masz ochotę, w imię miłości? Chociaż akurat pod względem czystej krwi Cathal nie był złym wyborem – nie był po prostu też wyborem dobrym.
Ale żadne z nich nie pakowało się w tej chwili przed ołtarz, a właśnie dlatego, jak mało znacząca była jego pozycja, zakładał, że kobieta prawdopodobnie po prostu dobrze bawi się w jego towarzystwie. W teorii mogłaby szukać informacji o wiosce, ale nie tak dawno temu nic nie wskazywało, że to bardzo duże odkrycie…
– Ciężko mi sobie ciebie wyobrazić na spacerze z psem – powiedział, spoglądając na nią i przez moment znów zawieszając się po swojemu, bo przed oczyma przelatywały mu te wszystkie spacery z Cavallem, kiedy ten pchał się w każdą błotnistą kałużę, tarzał w śmieciach, próbował ganiać okoliczne koty i chwilami ciągnął za smycz z taką siłą, że nawet Cathal, rosły mężczyzna, czuł to w ramieniu. Cavall był psem dużym i bardzo energicznym, jak okazało się po pierwszych dniach nieufności, w wyniku traumy po urazie i po koszmarze Beltane. – Był królem. Miał stajnię wypełnioną ogarami, końmi i sokołami myśliwskimi. W legendach najczęściej jednak pojawia się Cavall, jego ulubiony pies, który pomógł mu w polowaniu na wielkiego niedźwiedzia, Twrch Trwyth – wyrecytował Shafiq, kiedy ocknął się już z tego stanu zamyślenia i przynajmniej spróbował skupić się na kartach. Gdy te wracały w dłonie rozdającego spoglądał zresztą przez moment na nie, ale zaraz odwrócił wzrok.
Tak, liczył karty.
Nie, nie chciał dać się na tym przyłapać.
– Dlaczego miałbym nie chcieć zagrać następnej kolejki? – odparł pytaniem na pytanie, bo eliksir jeszcze szumiał mu w głowie na tyle, że był gotów grać dalej. Zresztą, ostatecznie, po to tutaj przecież przyszli. – Trzydzieści galeonów – dodał bez mrugnięcia okiem, rzucając na stół stawkę. Przez ułamek sekundy zresztą był bliski postawienia wszystkich sześćdziesięciu siedmiu, ale przyszło mu do głowy, że potem warto podbijać stawkę, jeżeli uzna to za stosowne. Zerknął jeszcze na moment na Flintównę, znów z pewnym rozbawieniem w oczach. Zastanawiał się trochę, na ile niektóre jej gesty – to jak się poruszała, jak zarzucała nogę na nogę, jak bawiła się włosami – są wykalkulowane, na ile naturalne, a na ile są… swego rodzaju kalkulacją, która weszła jej już w krew.
A potem spojrzał w swoje karty. I chociaż powinien zachowywać pokerową twarz, to przez całą rozgrywkę zdawał się raczej rozbawiony, jak i podczas poprzedniej partii. Chyba przez ten drobny dodatek do podanego mu eliksiru, nie potrafił teraz być poważny, chociaż przecież zwykle wcale nie był żartownisiem, a poczucie humoru wyłaziło z niego raczej okazyjnie niż na co dzień i głównie wtedy, kiedy akurat się mu chciało.