a następnie: Południowe stragany – Mulciber Moonshine
Przynajmniej na chwilę role się odwróciły i to Victoria mogła poczęstować Sauriela słodyczami, które sama kupiła. Wzięła tego więcej, różnych rodzajów, bo tak się do niej te wszystkie czekoladki uśmiechały i jakoś dobrze mieć coś w domu w zapasie, że nie mogła się powstrzymać. Tak przywykła do tego rytuału, jaki Sauriel wprowadził w ich życie, z czekoladkami, jakie jej znosił, że gdy tego zabrakło, to bardzo jej to doskwierało, kuło i bolało. Wywoływało kolejną pustkę, której nie wiedziała nawet w jaki sposób zapełnić. Bardzo wątpliwe, że miałaby od tych słodkości przytyć. Po pierwsze czekolada była bardzo zdrowa, po drugie nie jadła jej aż tyle, po trzecie faktycznie schudła przez stresy, których nie zajadała, a po czwarte – ćwiczyła, próbowała w ten sposób zagłuszyć wiele emocji, a może je z siebie wyrzucić.
Było jej bardzo miło, robiło jej się ciepło na sercu, za ażdym razem, gdy łapała się na tym, że widzi, że Sauriel nosił tę bransoletkę. Starała się wtedy wybrać dla niego coś delikatnego i pasującego do tego, co już nosił, co nie będzie krzykliwe, a wkomponuje się gładko w te kolczyki i obrączki, które miał, co spasuje się z jego stylem. I jednocześnie chciała, by to było jakoś spersonalizowane. Chyba trafiła. Tak jak trafił Sauriel – bo taka myśl i podarunek był wart więcej niż wszystkie pieniądze, a przynajmniej miało to większą wartość dla niej, skoro mogła kupić sobie za pieniądze prawie wszystko.
Victoria z kolei lubiła różne rzeczy… ale lubiła różne dodatki, takie mało nachalne, które ładnie podkreślały cały ubiór. A i tak nosiła stosunkowo mało biżuterii – zwykle decydowała się na jeden rodzaj; może jakiś wisiorek i delikatne kolczyki, a jeśli bardziej widoczne kolczyki, to brak bransoletek, jeśli spinka do włosów, to automatycznie mniej wszystkiego innego, bo nie lubiła wyglądać jak udekorowane drzewko na Yule. Jedyne, czego w ogóle nie nosiła, to pierścionki: te nigdy nie gościły na jej dłoniach za wyjątkiem tego czasu, gdy nosiła pierścionek zaręczynowy. Diademy, które przykuły jej uwagę, były cieniutkie, delikatne, niczym biżuteria pasująca do tolkienowskich elfów, świat, którym zaraził ją właśnie Sauriel. Victoria miała wyczucie, gdyby miała nosić taki diadem, to nie miałaby za bardzo innych dodatków. Delikatnie wzięła jeden z nich w dłonie, nie zamierzając stąd uciec ani nic ukraść. Jej twarz zresztą była rozpoznawalna, zaraz dodaliby jej łatkę. Widziała, że Sauriel ma jakiś problem z wyobrażeniem sobie tego, więc bardzo delikatnie nałożyła go sobie na włosy i uśmiechnęła się do niego. Może faktycznie miała w nim w sobie coś z księżniczki; niewinnej i delikatnej, tak jak jej uśmiech miał w sobie coś z czułości. Zaraz jednak ściągnęła diademik, roześmiała się i pokręciła głową, odwieszając go na miejsce.
– Raczej nie miałabym do czego go dopasować – stwierdziła po prostu i wzruszyła ramionami. Odwróciła się tyłem do stoiska, spoglądając na zamyśloną i może nieco naburmuszoną minę Sauriela, po czym delikatnie ujęła jego dłoń i leciutko pociągnęła za sobą, uprzednio jeszcze łapiąc koszyk w wolną rękę, dając znać, że nie ma tu dla niej nic (bo najpiękniejszy wisiorek już miała). Mieli iść w już do tego stołu z loterią, kiedy przechodząc obok jednego ze straganów, zauważyła jednego z kotków, które były wcześniej do adopcji. A później Lyssę, stojącą za straganem. Victoria aż przystanęła, zatrzymując tym samym też Sauriela i spojrzała na nazwę stoiska, Mulciber Moonshine, potem z powrotem na Lyssę, a potem na reklamę cytrynówki… a potem na Sauriela.
Och, Victiria miała już na dzisiaj dosyć alkoholu, ale Rookwood…
– Co tu robisz, Lysso? – wpadły na siebie na początku, przy adopcji kociaków, ale teraz…